Coraz bliżej

Msza święta w tygodniu. Nie ma nic piękniejszego od pójścia do Jezusa w dzień powszedni. Pokój, cisza i ta jeszcze głębsza świadomość, że ja, mały (mój spory wzrost nie ma tu nic do rzeczy), szary człowiek mogę być tak blisko samego BOGA, Stwórcy Wszechświata.

To tam mogę odetchnąć od tej całej nagonki świata, który znów chce dopaść mnie ze swoją wściekłą pogonią, lecz zamykając drzwi kościoła, mogę czuć się spokojnie jak nigdzie. Nie obchodzi mnie wtedy zupełnie co sądzą o mnie inni ludzie, mam gdzieś zaszczyty, pozycję i podziw tłumów.

Klęcząc naprzeciw samego JEZUSA, moje całe nieuporządkowanie, słabości, bóle i cierpienia przestają mieć znaczenie. Te pół godziny to czas tylko dla mnie i dla Niego. Tylko On i ja, nic innego nie ma znaczenia. Nie muszę już nosić tych wszystkich ciężarów, mogę je zdjąć i po prostu Jemu to wszystko zostawić.

Czas wyjścia, nogi jakoś tak lżej idą, plecy lżejsze. Serce spokojniejsze.
Idę. Dalej w ten świat, jednak już teraz bardziej świadomy Jego obecności.
A jeśli ON jest ze mną, to czy jest tu czym się przejmować?
Z tym pytaniem przemierzam kolejne metry, coraz bliżej domu.
Coraz bliżej Nieba.

___________

kup moją debiutancką książkę „Apostołowie w dresach” na: https://www.swietywojciech.pl/Ksiazki/Duchowosc/Nowa-Ewangelizacja/Apostolowie-w-dresach-Jezus-potrzebuje-wlasnie-ciebie

Przebaczenie? Ale po co?

Jakże często słyszę wśród nas, katolików idących za Jezusem, którzy od lat usilnie walczą z określonym cierpieniem w swoim życiu, oskarżenia, dlaczego znów Bóg ich omija? Jak to jest, że w czasach, gdzie na porządku dziennym stają się cudowne uzdrowienia na Mszach z Modlitwami o Uzdrowienie i uwolnienie, oni dalej muszą zmagać się z bólem swojego serca?

Nie chcę nikogo oceniać, ale jak często idziemy do Pana, prosić Go o łaski dla nas, uzdrowienie naszego serca, podczas, gdy sami działanie uzdrawiającej mocy Jezusa zatrzymujemy. Przecież Chrystus powiedział, że najpierw mamy iść pojednać się z tym, z kim mamy „na pieńku”, a my nie zważając na to, idziemy po uzdrowienie, nienawidząc w sercu tych, którzy nam zawinili.
Dlaczego tak łatwo nam prosić i przyjmować, a tak trudno coś dać z siebie?

Czy nie zauważamy, że wiele z naszych cierpień jest w nas obecnych, właśnie przez naszą urazę i złość jaką żywimy do bliźnich? Każdy z nas w mniejszy, czy większy sposób w swoim życiu został zraniony, często te rany wpływają na nasze obecne życie, na ból, wycofanie, lęki, samotność..
Jednak zakopując te trudne chwile i prześladując naszych prześladowców, za nic nie otworzymy się na uzdrowienie. Jedynie poprzez odkopanie tych ran, zaakceptowanie ich, oddanie Jezusowi oraz przebaczenie z głębi serca wszystkim, którzy nas skrzywdzili, przebaczenie w imię Jezusa, otworzy tamę, przez którą w nasze serce wlać chce się fala Bożego uzdrowienia.
Często akt przebaczenia, sam w sobie jest uzdrowieniem. Nagle zauważamy, że nasze cierpienia odchodzą.

Jezus działa cuda, bez dwóch zdań. Jednak często największym cudem jaki może wydarzyć się w twoim życiu, będzie twoje całkowite wybaczenie twoim oprawcom. Przebaczenie z głębi serca, bo każdy, nawet największy wróg jest naszym bliźnim, który mógł pogubić się na ścieżkach życia.
Nie oceniajmy, ale przebaczajmy. Dokładnie tak, jak na krzyżu, nasz Pan – Jezus Chrystus.

Kurek Miłości

Chodząc tak po ziemi już 27 rok, mijając każdego dnia setki par oczu, w których jak na ekranie smartfona wyświetla się cała paleta ludzkich emocji, od radości, przez zmęczenie, radość, rozczarowanie, opuszczenie, zranienie, aż po głęboki smutek, każdego dnia coraz bardziej przekonuję się, że każdy z nas, niezależnie od tego jak żyje, kim jest, z jakiego domu pochodzi, czy jakim jeździ autem, poszukuje w swoim życiu prawdziwej miłości.
Ludzkie serce jest jak turysta błądzący nocą po lesie. Niby wiemy czego szukamy, ale nie znamy ścieżek do tego prowadzących. Idziemy, szukamy, ale nie znajdujemy. Patrzymy, ale nie widzimy.
Każdy z nas już od samego początku życia potrzebuje dopływu miłości. Często nie wiedząc o tym, szukamy zaspokojenia pragnienia naszego serca w złudnych przyjemnościach tego świata. Seks, alkohol, używki, materializm, pieniądze, pozycje, sukcesy, jak bardzo te fałszywe „zastępniki miłości” kuszą dziś miliony istnień. Zamykamy oczy i dajemy się prowadzić złu, nie wiedząc do czego to wszystko może nas doprowadzić. Jak może nas poranić i skrzywdzić ludzi w okół nas.
Człowiek bez miłości nie ma szans wzrastać, a szukając jej w niewłaściwym miejscu podlewamy ziemię naszego serca zamiast świeżą wodą – kwasem.
Może wydaje ci się, że nikt na świecie cię nie rozumie. Może szukałeś zaspokojenia już we wszystkim co możliwe, a twoje serce nadal jest niewypełnione? Miały je zaspokoić pieniądze, drugi człowiek u boku, uroda, nowa praca, a tu jak na złość, nadal pustka w twoim wnętrzu?
Gdy woda w wężu ogrodowym nie chce płynąć, idziemy do jej źródła, docieramy do miejsca skąd płynie.
Może gdy ciągle czujesz w życiu smutek, rozdarcie, przygnębienie i bezsens, pora dotrzeć do źródła prawdziwej Miłości?
Może czas zauważyć Boga, który tak bardzo chce ci wreszcie pomóc, zalewając twoje serce tym na co całe życie czekasz??
Może pora odnaleźć dopływ Jego miłości i nareszcie odkręcić kurek??

___

#jasnefelietony wracają ze zdwojoną, Bożą mocą! Nowe wpisy będę zamieszczał regularnie, także zapraszam Kochani do odwiedzania mojego bloga. Niedługo także spotkania autorskie w ramach promocji książki „Apostołowie w dresach”, śledźcie na bieżąco profil Wydawnictwa Świętego Wojciecha na FB. z Bogiem Kochani! Pamiętajcie, jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?!

Trwajcie z Jezusem, utrzymujcie z Nim stały kontakt, a Wasze serca odnajdą to czego szukają, z Chrystusowym pozdrowieniem, Damian

Bóg Honor Ojczyzna – czy tak się da?

W dzisiejszym świecie coraz trudniej doszukać się wartości, a w świecie młodzieży tym bardziej. Młodym imponują sfery życia, którymi gardzili nasi przodkowie. Szybkie życie, przelotne „miłości” i dużo zer na koncie. Ilu jest młodych, którzy żyją jak prawdziwi mężczyźni i prawdziwe kobiety? Którzy żyją jak na dzieci Boga przystało? Gdzie Ci młodzi, walczeni, odpowiedzialni, dumni i tak bardzo pragnący świętości?

I choć łatwo jest mówić o innych, spójrzmy też z pokorą na siebie. WIele razy nosimy na koszulkach, czy wykrzykujemy hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ale czy tak naprawdę tym żyjemy? Czy mamy wyryte głęboko w sercu te słowa, czy są one tylko haftowane na naszych ubraniach?

Przenieśmy się na chwilę myślami paredziesiąt lat wstecz. 17 marca 1940 roku. Warszawa. Na ulicach pełno kurzu, zwalonych murów i leżących niczym zerwane kwiaty, poległych żołnierzy. II wojna światowa, czyli prawdziwe żniwo śmierci w całej swojej okazałości. Ulicami oprócz oficerów SS i żołnierzy Wermachtu, pośpiesznym krokiem przechodzą także polscy bohaterowie, którzy zdecydowali się walczyć w obronie dobra, rodzin, wiary i miłości. Jednym z nich jest Łukasz Ciepliński, ps. „Pług”.

Łukasz to niesamowity młody człowiek, dla którego hasła „Bóg, Honor, Ojczyna” nie były jedynie pustym zlepkiem liter, a stały się dla niego funamentem życia i szkieletem, dzięki któremu mógł prawdziwie żyć i wypełniać swoją misję na ziemi.

Jak niesamowitą odwagą trzeba wykazać się, aby zrezygnować całkowicie z siebie, mając świadomość, że każdego dnia można zginąć, zdecydować się iść, bronić Ojczyzny w imię dobra? Gdy tak obserwuję niezwykłe czyny, tego niezwykłego człowieka, rodzą się we mnie pytania: czy mam na tyle miłości w sobie, aby ryzykując śmiercią iść bronić wartości, którymi żyję? Szczerze mówiąc, nie wiem.

Łukasz wykazał się tą odwagą nie tylko podczas II wojny światowej, ale także w późniejszych latach, kiedy Polskę okupować zaczęli kolejni prześladowcy, a więc władze komunistyczne. Wielu miało dość, wielu zgodziło się na powrót do normalnego życia, przymykając oko na obecne zło, jednak nie on. Postanowił bronić szlachentych wartości do końca swoich dni. Nie interesowały go układy z komunistami, gardził kultem pieniądza i władzy. Za nic nie potrafiłby żyć, pozwalając wrogom na niszczenie Ojczyzny oraz wiary katolickiej.

„Pług” ostatecznie poniósł za swoje waleczne, pełne miłości do Boga i Ojczyzny serce, największą ofiarę. Ofiarę ze swojego życia. Co po sobie zostawił? Oprócz ogromnego świadectwa miłości i poświęcenia, także wiele listów, które w czasie okupacji pisał do swojej ukochanej żony i ich synka. Listy te powodują przyśpieszenie bicia serca i ciarki na skórze. Oto kilka przykładowych:

„chciałem być Tobie ojcem i przyjacielem. Bawić się z Tobą i służyć radą i doświadczeniem w kształtowaniu Twojego umysłu i charakteru.. Niestety okrutny los zabiera mnie przedwcześnie, a Ciebie zostawia sierotą – dlatego piszę i płączę..”

„bądź Wisiu dzielna. – Przejdź nad cierpieniem z godnością i spokojem i wiarą w sprawiedliwość Bożą. – Tylko nam ona została. Cel Twój i zadanie to Andrzejek i wierzę, że go wychowasz na człowieka, na Polaka i na katolika – że przekażesz mu swoje wartości duchowe i silnie zwiążesz ze mną i ideą, dla której żyłem.”

„Ja odchodzę – Ty zostajesz, by w czyn wprowadzać idee ojca. Andrzejku, cele Twojego życia to:

a) służba dobru, prawdzie i sprawiedliwości oraz walka ze złem,

b) dążenie do rozwiązywania bieżących problemów – na zasadach idei Chrystusowej. W tym celu realizować je w życiu i wprowadzać w czyn

c) służba Ojczyźnie i Narodowi Polskiemu”

„Widzisz Synku – z Mamusią modliliśmy się zawsze, byś wyrósł ku chwale idei Chrystusowej, na pożytek Ojczynie i nam na pocięchę. Chciałem służyć Tobie swoim doświadczeniem – niestety to może moje ostatnie do Ciebie słowa. W tych dniach mam zostać zamordowany przez komunistów, za realizowanie ideałów, które Tobie w testamencie przekazuję. O moim życiu powie Tobie Mamusia, która zna mnie najlepiej. W tej ciężkiej dla mnie godzinie życia świadomość, że ofiara moja nie pójdzie na marce – że niespełnione sny i marzenia nie zamknie nieznana mogiła – ale, że będziesz je realizował Ty – jest dla mnie wielkim szczęściem. Będę umierał w wierze, że nie zawiedziesz nadziei w Tobie pokładanych. Do serca Cię tulę i błogosławię. Bóg z Tobą.”

Gdy tak czytam te niesamowite listy pisanę w godzinie śmierci młodego człowieka, w moim sercu pojawia się ogromny szacunek i chęć naśladowania czynów walecznego „Pługa”, ale także wstyd. Wstyd z tych wszystkich momentów, w których z moich ust wydobywały się słowa narzekania, chwil w których lenistwo wygrywało z chęcią działania dla Jezusa, czy momentów gdy zamiast poświęcić komuś czas, wolałem posłuchać muzyki.

Przykład opisywanego żołnierza, jest, przede wszystkim dla nas młodych, niesamowitym motorem napędowym, aby porzucić życie ospałe, bierne, nijakie i wyruszyć w niesamowitą podróż ku pełnej męskości i kobiecości. Łukasz uczy nas, czym jest prawdziwe męstwo. Ukazuje, że jest ono siłą, ale nie przemocą. Jest poświęceniem, ale nie wyręczeniem. Jest miłością, odpowiedzialnością i służbą. Prawdziwa męskość, to zdecydować się poświęcić wszystko co się ma, aby do końca wypełnić wolę Boga. To naprawdę nie jest łatwe. Jednak, kiedy będziemy czerpać, z jedynego prawdziwego źródła siły i miłości, karmić się Jego ciałem i Słowem, wtedy wszystko stanie się możliwe.

To Jezus jest źródłem prawdziwej męskości, a Maryja obrazem prawdziwej kobiecości. Gdy patrzę na Jezusa, widzę prawdziwą męskość. Siła i służba. Poświęcenie i oddanie. Wartości i walka. Maryja swoją czułością, opieką, czystością i wrażliwością ukazuje jak żyć powinna prawdziwa kobieta.

Gdy w pełni pójdziesz za Jezusem, kiedy zrezygnujesz z tego świata, z jego podziwu, pieniędzy i władzy, będą się z ciebie śmiać. Będą mówić, że zwariowałeś, jednak nie obawiaj się, bo to właśnie wskazuje, że żyjesz tak, jak pragnie tego Bóg.

Miłość ukazana przez Jezusa, to odwrotność tego świata. To jego zaprzeczenie. Możemy żyć dalej starym życiem. Możemy dobrze się bawić, używać życia i być kimś w oczach świata. Jednak wtedy nigdy nie zostaniemy prawdziwymi facetami i prawdziwymi kobietami.

Tylko życie z Bogiem pozwoli Ci być tym, kim masz być. Człowiekiem, dla którego Bóg, Honor, Ojczyzna, to nie pusty slogan, ale wartości którymi kieruje się w całym swoim życiu. Jedynie z Jezusem będziemy gotowi podobnie jak śp. „Pług” poświęcić wszystko co mamy, łącznie z ofiarą swojego życia, aby wartości którymi żyjemy zostały obronione. Aby to miłość i dobro zwyciężyły.

Nie wiem jak wy, ale ja już mam dość zwyczajnego życia. Na wzór Łukasza Cieplińskiego rozpoczynam życie jako prawdziwe dziecko Boga. Waleczne, odważne i służebne. Życie w pełni z Jezusem. Tak mi dopomóż Bóg!

Dres i różaniec? Czyli młodzi za Jezusem

Moja młodość nie należy do najprzykładniejszych. W zasadzie to nadal trwa, jednak jej początki, bywały burzliwe. Dresowe spodnie, bluzy z kapturem, kibicowski styl życia oraz twardy, uliczny rap na uszach. Przesiadywanie z kumplami na osiedlu, było oczywiste, jak oczywistym było, że RKS, ukochany klub piłkarski, z którego stworzyłem sobie kolejnego bożka, wygra kolejny mecz.
I tak kolej mojego życia gnała naprzód, a ja zagubiony i poraniony siedziałem tak w jej przedziale, nie mając pojęcia, że bilet do prawdziwej wolności, jest w zasięgu mojej ręki..
Zakładałem na swoją twarz całe sterty różnorakich masek, i tak występowałem jak mim, na deskach teatru życia. Jednak, gdy kurtyna opadała, w głębi serca czułem ból wielki jak Mount Everest, głęboki jak Rów Mariacki. Siedziałem jakby w studni, nie wierząc, że ktokolwiek mnie stamtąd wyciągnie.

I choć byłem wierzący, nie byłem zauważający. Patrzyłem, ale nie widziałem. Słuchałem, ale nie słyszałem. Kościół, zawsze kojarzył mi się z regułami. Mam robić to i to, nie robić tego i tego. Kościół, była to dla mnie tradycja, i choć bardzo ważna, jednak ciągle tradycja. Co niedziela msza święta, raz na kiedy spowiedź i można żyć dalej. Jednak w głębi serca, to mi nie wystarczało, widać moje serce pragnęło czegoś więcej, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.
W kościele nie czułem się jak w domu, nie widziałem autentyczności, nie słyszałem nigdy o żywym Bogu, z którym mógłbym mieć osobistą relację, nikt mi nigdy nie powiedział, że tu na ziemi jestem przez chwilę, że po śmierci ciała, nie zakończy się mój żywot, nie wiedziałem nic o duszy. Moja wiara była powierzchowna. Wierzyłem w tradycję, ale nie w żywego Boga.

W wieku 21 lat, Stwórca postanowił zrobić całkowity przewrót w moim życiu. Postanowił pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa, mojego rozpędzonego pociągu do przepaści. Bóg potrafi zaskoczyć metodami swojego działania, zaskoczył i mnie.
Nie przyszedł do mnie poprzez olśniewające kazanie księdza, w niedzielne przedpołudnie, nie przyszedł także w słowie znanego zakonnika. Przyszedł poprzez muzykę chłopaka w bluzie z kapturem i w dresach na tyłku. Jezus odmienił moje życie poprzez twórczość rapera Piotrka Kowalczyka (pseudonim: TAU). Tamtego grudniowego wieczoru nie zapomnę nigdy, były to chwile mojego nowego narodzenia. Jezus wlewał w moje serce potoki miłości, pewności i prawdziwej, żywej wiary.

Jednak moje początki w Kościele, nie były łatwe. Wiele czasu zajęła mi zmiana mojego postrzegania ludzi Kościoła. Do tej poty myślałem, że żyć pobożnie mogą tylko księża i babcie w ciepłych czapkach na głowie. „Jak ja, w dresach i bluzie z kapturem, mogę dążyć do świętości?” rozbrzmiewało w moim aparacie słuchu, dzień po dniu.
Bardzo pomogły mi w tym żywe świadectwa osób, które pomimo tego, że poznały Jezusa i zdecydowały się iść za Nim, nie przestały być sobą. Dzięki tym osobom, zrozumiałem, że nieistotne, czy w sutannie, garniturze, czy w dresach, każdy może zostać Apostołem Jezusa. Pojąłem, że to nie szata czyni Apostoła, ale otwarte serce i ręce gotowe do pracy.

Wielu młodych dziś odraża ten brak autentyczności w Kościele. Nie oszukujmy się, ale obrazy młodych ludzi, niewstydzących się Jezusa, należą do rzadkości. A właśnie tych świadectw, nas młodych, potrzeba jak nigdy! Gdy ktoś żyje z dala od Kościoła, nie zbliży się do Boga poprzez księdza, bo zwyczajnie mu z nim nie po drodze. To spotkanie rówieśnika, praktycznie takiego jak on i jego świadectwo, mogą otworzyć serce na poznanie Boga.

Świat dziś potrzebuje ulicznych, życiowych ewangelizatorów. Jeśli młodzi nie chcą przyjść do Boga, który jest w kościele, to my wyjdźmy z kościoła i z wiarą zanieśmy im Boga.
Wielu z nas rezygnuje, ponieważ nie czujemy się na sile. Jednak czasem nie trzeba wiele. Już samo życie wypełnione Jezusem, jest cudownym świadectwem. Modlitwa przed posiłkiem, nawet w publicznych miejscach, Boża opaska na rękę, ewangelizacyjna koszulka, znak krzyża przechodząc w pobliżu kościoła. Nie potrzeba wiele, jeden akt żywej wiary, który dostrzegą w nas rówieśnicy, może stać się dla nich pomostem, łączącym ich wyspę zagubienia, z lądem miłości Jezusa.

Dzięki nam, inny młody człowiek może zrozumieć, że życie z Jezusem, to nie żadna bajka, czy zajęcie dla staruszek, ale żywa relacja każdego z nas, z samym Bogiem. Możemy pokazać znajomym, że Jezus nie jest wymyślonym Bogiem, który obecny jest w naszym życiu, jedynie podczas świąt Bożego Narodzenia, gdy wsadzimy Jego podobiznę do maleńkiej stajenki. Możemy pokazać, że Jezus jest Bogiem z nami, jest Bogiem, który zawsze jest blisko nas. Który nie zważa na nasze błędy i słabości, nie potępia, nie odtrąca, ale zawsze czeka na nas. Bogiem, który szaleje z miłości do nas i gdy tylko zapragniemy oddać mu nasze życie, zacznie nim kierować, opiekować się nami i prowadzić. Ukażemy Boga, do którego możemy zawsze się zwracać, z którym możemy rozmawiać o wszystkim, z którym możemy zawiązać żywą relację, dzięki której nasze życie będzie nareszcie pełne.

Czas pokazać młodym, że przelotne przyjemności jak alkohol, narkotyki, szybki seks, są jedynie substytutami miłości. Każdy człowiek posiada w swoim sercu głębokie pragnienie miłości, które zaspokoić może, nie kto inny, jak tylko sam Bóg.
Czas pokazać młodym, że życie z Jezusem, to żaden wstyd, a wielki przywilej. Jest już masa ludzi, twardych, mocnych, katolików, którzy z zapałem głoszą światu Jezusa.
Wyrwani z Niewoli, Tau, Litza, Arkadio, Marcin Zieliński. To tylko przykłady osób, które na każdym kroku swoją postawą udowadniają, że można żyć, zwykłym młodym życiem, jednak w taki sposób, że życie to wypełnione jest działaniem dla Boga. Nie wstydzeniem się Jezusa.

Choć wielu może dziwić widok chłopaka w dresach, odmawiającego różaniec, lecz właśnie ten szok jest dziś szalenie potrzebny. Szok, poprzez który ludzie żyjący z dala od Kościoła, zrozumieją, że wiara i życie z Bogiem, to nie odległa dla nich rzeczywistość, ale przestrzeń życia możliwa dla każdego.
Twój styl życia, może na pierwszy rzut oka „niekościołowy” nie przekreśla cię z możliwości zostania Apostołem Jezusa.
Kto wie, może to właśnie jest Twoja droga, głoszenia Jego Miłości i Miłosierdzia w świecie?

Tata – statysta czy dawca?

Dzisiejszy świat to świat stereotypów. Wszystko poukładane w szufladki, każda z odpowiednim napisem. Jedna z tych szufladek, czyli ogólnie przyjętych stereotypów panujących w dzisiejszym społeczeństwie, mówi o tym, że wychowaniem dzieci zajmują się jedynie mamy, ewentualnie pomagają im babcie. Tata jest jakby z boku tego procesu wychowawczego, ma zarabiać i uczynić życie pociechy bezpiecznym. Ale czy tylko tyle? Czy Bóg w swoim wielkim zamyśle chciał, żeby mężczyzna był tylko towarzyszącym statystą?

Tomek był dzieckiem jak każde inne. Z zewnątrz. W szkole zabawy, uśmiech i psocenie z kolegami, a w domu ból większy od wieży Eiffla. Tomek był wychowywany przez samą mamę. Zabiegany tata, co chwila wyjeżdżający na kolejne szkolenia, stał się gościem w domu. Tomek jakoś nigdy go szczególnie nie interesował. Powierzchowne pogaduszki raz na tydzień i wręczenie kieszonkowego. Jednak pieniądze nigdy nie zastąpią miłości. Można mieć kieszenie pełne dolarów, a w sercu pustkę głęboką jak studnia.

I u Tomka tak właśnie było. Co z tego, że mógł kupić sobie więcej gier od kolegów i ubrać się w lepsze ubrania. Niektórzy nosili podarte koszulki, ale na kilometr było widać, że ich serce otrzymuje ciągle nowe dostawy miłości. Tomek tak bardzo tego pragnął. Bez zastanowienia oddałby wszystkie swoje zabawki i gry, byle móc każdego dnia spędzić czas z tatą.

Po wielu latach ten brak miłości ze strony ojca zbiera żniwo. Dziś Tomek ma 18 lat i serce poranione jakby ktoś pociął je żyletkami. Brak pewności siebie, zalęknienie, uczucie odrealnienie i nerwica. To wszystko co zostało mu z dzieciństwa.
Historia Tomka, to przykład jeden z tysięcy, tego jak brak miłości ojca rani serce dziecka. To wielkie kłamstwo, mówiące o tym, że wychowaniem dziecka musi zająć się tylko mama, rujnuje życie milionów.

Dziecko, jako istota Boża, potrzebuje ciągłego dopływu miłości i to z dwóch nurtów – od mamy i taty. Tata musi pokazać dziecku na czym polega prawdziwe męstwo, dobro i służba. Tata musi spędzać czas ze swoimi potomkami, bawić się, śmiać, musi z nimi rozmawiać i przykładem pokazać im jak żyć, aby z Bogiem czynić ten świat lepszym. Tata musi stać się dawcą, czyli każdego dnia oddawać samego siebie, aby serca żony i dzieci stale wzrastały w miłości. Mężczyzna musi zostać dawcą miłości.

Jeśli do tej pory uciekaliśmy przed odpowiedzialnością ojcostwa, może czas wreszcie wziąć się w garść i zacząć z dumą wypełniać misję męża i ojca daną od Boga? Dość cierpienia i bólu niewinnych dzieci. Czas pokazać światu kim powinien być prawdziwy tata.

R jak religijność, czy relacja?

Odkąd pamiętam, w domu zawsze obecna była religijność. Co niedziela kościół, na ścianach święte obrazy i Biblia na półce. Od dziecka wiedziałem także, że istnieje Bóg. Miałem pewność, że jest, ale zupełnie nie wiedziałem jaki jest.

Myślałem, że jest Bogiem odległym, który tylko czuwa, żeby każdy z ludzi przestrzegał prawa, a jeśli komuś podwinie się noga, od razu zsyła kary. Moje wyobrażenie Boga, było jak przebieraniec chodzący od domu do domu. To wyobrażenie chodziło od mojej głowy do serca i wpędzało w nie strach. Strach, przed tym, że jeśli moje życie nie będzie idealne, za nic nie zyskam przychylności Boga.

Podczas modlitwy mówiłem do Boga, ale nie miałem pojęcia, że On może być blisko, że mnie słucha. Mówiłem, ale nie liczyłem na odpowiedź.

Wszystko zmieniło się w 2012 roku. To wtedy, dzięki płycie jednego z raperów, pojąłem kim tak naprawdę jest Bóg, czym jest dusza oraz co to tak naprawdę Niebo.

Jezus, muzyką rapera, poprzez aparat słuchu, wszedł w moje serce. Poprzez uszy, wlał mi w serducho miłość. Poczułem, że wcale nie jest On Bogiem odległym, ale jest bliżej mnie, niż mogłem sobie to wyobrazić. Pojąłem, że On jest ciągle przy mnie, że dla Niego jestem najważniejszy na świecie. Że mogę mieć z Nim żywą relację, mogę mówić o każdym problemie, każdej beznadziejnej sytuacji, a w chwili gdy czuję, że cały świat mnie opuścił, On zawsze czeka na to bym się do Niego zwrócił. On nie może się doczekać, aby mi pomóc.

„Nasz Bóg jest bliżej nas, niż my samych siebie”. On nas kocha przeogromem miłości i nie zważa na nasze potknięcia, czy upadki. Najważniejsza jest chęć poprawy. Nie musimy żyć idealnym życiem. Idealnie musimy pragnąć całkowitego zjednoczenia z Jezusem.

Szukajmy Go w naszych myślach. Stawiajmy sobie Pana przed oczy. A wtedy jak mówi Psalmista „nic nami nie zachwieje.”

Nasze życie nie kończy się wraz ze śmiercią naszego ciała. Rzekłbym, że nasze życie, tak naprawdę wtedy się dopiero w pełni rozpoczyna.

Jezus chce zostać naszym najlepszym przyjacielem i może się to stać szybciej, niż myślimy.

Musimy tylko religijność, zamienić, na żywą relację z Bogiem.

A wtedy, zmieni się wszystko. 

Talent

Zastanawia mnie jedna scena z Ewangelii. Konkretnie przypowieść o tym, jak Pan rozdawał pieniądze w walucie zwanej talent, by podwładni zatroszczyli się o ich dobry obrót. Spójrzcie tylko, pieniądze to coś wartościowego, coś co posiada określoną wartość, np. w Polsce jest to 5 zł, 10 zł czy 100 zł. Każdy z nas dba o domowy budżet pieniężny, bo każdy z nas doskonale wie, że dzięki nim możemy przeżyć kolejne dni, kupić chleb, mieć się w co ubrać. Czyli wiemy o tym, że jak jest coś wartościowe, co zapewnia nam przetrwanie, to troszczymy się o to by obrócić to w zysk.
Moje rozmyślenia powolnym ruchem, niczym ślimak poruszający się w labiryncie myśli prowadzą do rozwiązania, a więc wskazówki dlaczego Jezus, opowiedział uczniom akurat tę przypowieść. Może chciał w ten sposób wskazać na wielką wartość pieniądza i uczulić bliskich by troszczyli się o swój byt? Na pewno chciał samego dobra dla nich. Jednak w tej przypowieści chodzi o coś więcej.
Nie bez przyczyny waluta powierzonych sługą pieniędzy nosiła nazwę TALENT. Jezus w znanym dla siebie błyskotliwym sposobie mówienia, opisuje olbrzymią wartość powierzonych nam talentów, a więc nieprzeciętnych umiejętności wykonywania danych czynności, szczególnych cech charakteru, określonych predyspozycji, które Bóg daje konkretnej osobie.
Jezus zaznacza bardzo mocno, że nie chce aby powierzone nam dary zostały przez nas zakopane w piachu, razem z naszym ciałem po śmierci. On chce aby one wraz z nami żyły po śmierci ciała!
Nasz Mistrz chce byś odrzucił na bok strach i obawę przed tym że coś Ci nie wyjdzie.. Chce byś wreszcie przestał analizować czy „po tej wodzie dam radę iść”.. On chce żebyś skierował swój wzrok na Niego i w końcu wyszedł ze swojej łodzi bezpieczeństwa i komfortu.
Jezus jest Bogiem aktywności i działania. Zauważ że On nie siedzi w miejscu.. On jest w ciągłym ruchu. I chce żebyś ruszył się z Nim także i Ty!
Każdy z nas ma talent. Nie musisz być piłkarzem, bo z każdej strony wciskają Ci, że to teraz jest modne. Nie musisz być instruktorką fitness, bo wtedy cały świat by Cię podziwiał. Podziwiać ma Cię tylko Twój Stwórca. Musimy dbać o to, by w Jego oczach wypaść najlepiej.
Odnajdź swoje wielkie pokłady talentu zakopane w Twoim sercu. Odszukaj predyspozycje i cechy charakteru, które pomogą Ci dokonać wielkich dział w imię Jezusa.
Może masz talent do świetnej opieki nad dziećmi, może świetnie malujesz, może w niezwykły sposób analizujesz, a może Twój talent dotyczy wyrobów stolarskich? Każdy z talentów jest równie ważny dla Pana. Ważne by to co robimy poświęcać Jemu i robić to z Nim. Ważne by żyć jak ryba w wodzie.
Zbyt wiele talentów zostało już zakopanych w piachu. Czas wreszcie zacząć nimi żyć.
To co, wychodzisz ze mną z tej łodzi?!

W ciszy

Dzisiejszy świat przypomina latający po niebie wielki balon, który pod wpływem napełniania go za pomocą ognia unosi się w powietrzu. Gdzie się nie obejrzymy tam z każdej strony atakuje nas natłok informacji, wszędzie nic nie wnoszące słowa które docierają do naszego mózgu. Radio, telewizja, rozmowy w autobusie, zgiełk miasta, internet, gazety, praca, wszędzie aż kipi od słowotoku informacji. Świat nadmuchuje nas tak samo jak ogień napełnia balon.

Czy aby świat o czymś nie zapomniał? Czy pędzący jak rydwan na arenie ludzie nie zapędzili się za daleko? Teraz już nie wystarczy że masz komputer, musisz być najaktywniejszym komentatorem, musisz polubić najwięcej postów i napisać najwięcej durnych komentarzy. Ludziom już nie imponuje to jakim jesteś człowiekiem, jakie masz serce, dla świata liczą się litery przed nazwiskiem.

Ale czy na tym polega życie? Czy żyjemy po to by zdobyć najwięcej? By przyjąć największą liczbę informacji? Słów?

Doskonale na to pytanie odpowiada najpiękniejsze Słowo jakie oglądał świat.. Żywe Słowo.

W jednym z wersów Biblii Jezus mówi: „Nie bądźcie gadatliwi jak poganie”.

Świat będzie Ci wmawiał że musisz dużo mówić żeby być kimś.

Ale czy naprawdę chcesz być „kimś” w oczach świata?

To nie świat, a Jezus da Ci wieczne życie. Wieczne życie w chwale i radości. Ale by tego doświadczyć, musisz przemilczeć wiele chwil w swoim życiu.

Jedynie w ciszy możesz usłyszeć swoje serce. Jest ono jak płaczący malec którego nie słyszą imprezujący rodzice. Wyłącz świat by włączyć wnętrze. Wyłącz telefon, internet, telewizję.. Wyłącz chaos by włączyć ciszę.

Bo właśnie w ciszy mówi Bóg. Jezus tak bardzo chce Ci powiedzieć że ciągle Cię szuka, że widzi jak błądzisz i chce Ci wreszcie pomóc, ale jak ma to zrobić kiedy Ty ciągle żyjesz w zgiełku i natłoku świata??

Naucz się trwać w ciszy, w obecności Stwórcy, a Twoje życie zacznie się zmieniać.

Bo bez dwóch zdań świat chce nas „nadmuchać w balona”, jednak my w sekundę możemy go przebić.

Wystarczy że wezwiemy Ducha Świętego… i po prostu z nim pobędziemy.

Tylko ja i ON.

W ciszy.

 

„Pobaw się sam synku”

Kuba jako 11-latek podjął pierwszą w swoim życiu prawdziwie męską decyzję. „Zbuduję domek na drzewie, zrobię to sam, zaskoczę wszystkich, pokażę na co mnie stać!” odparł prężąc muskuły i robiąc groźną minę.

Pierwszy dzień wakacji, gdy promienie słońca niepostrzeżenie niczym złodziej o świcie wkradły się przez lekko podniesione rolety do pokoju chłopca, zwiastowały przy tym początek wielkiej misji Kuby. Gdy otworzył oczy podnosząc powieki powolnym ruchem do góry, jakby ktoś podciągał z oczu żaluzje, czuł się podekscytowany jak jeszcze nigdy przedtem. Bijące serce szybkim tempem, jakby kolaż pędzący w Tour de Pologne, i to niestygnące poczucie dumy, że on jako syn budowlańca, sam, własnoręcznie zaprojektuje i zbuduje domek na drzewie. „Tata będzie ze mnie dumny! Na pewno pogratuluje mi i nie będzie mógł przestać patrzeć na moje dzieło!” cieszył się w sercu malec.

Budowa została rozpoczęta. Kubuś z zapałem drwala i zawziętością boksera znosił belki, zbijał i związywał kawałki drewna, tak że z dnia na dzień domek przybierał coraz wyraźniejszych kształtów. To zaangażowanie chłopca poczuć można było z daleka. Było jakby zapach grilla który czujemy z końca ulicy. Nie dało się tego nie zauważyć. Mały kładł się spać myśląc o domku, a pierwszą myślą po przebudzeniu były kolejne belki które dziś będzie zbijał. Ten projekt pochłonął go całkowicie. Aż kipiał motywacją i chęcią działania. Mały wielki bohater. Dziwiło go tylko jedno, to że tata od początku budowy nie zajrzał do niego, ale był pewny, że ogląda go z ukrycia, a gdy ukończy dzieło zgotuje mu huczne przyjęcie.

Lipiec miał się ku końcowi. I choć słońce dalej świeciło z taką sama mocą, dni zaczynały robić się ciut krótsze niż na początku. Ćwierkające ptaki, dojrzewające maliny i spadające z drzewa jabłka. Oto polski piękny lipiec, który tego lata stał się jeszcze piękniejszy, a wszystko za sprawą pięknego, świeżutkiego domku na drzewie, który właśnie ukończył mały budowlaniec Kuba!

Wiele godzin potu, trudu i zaangażowania, ale dla efektu końcowego było warto. Chłopiec nie mógł się doczekać opinii taty, w końcu to głównie po to, by mu się przypodobać realizował tą budowlę.

Gdy tata wrócił z pracy Kubuś pobiegł w pośpiechu, o mało nie gubiąc trampek z nóg, by oznajmić tatusiowi dobrą nowinę.. „tato tato, zbudowałem domek na drzewie, i to zupełnie sam! Chodź, chodź, zobacz!” chłopiec ledwo nadążał złapać oddech podczas wykrzykiwania radosnych informacji.. a tata na to..

„super Kuba, ale teraz daj tatusiowi odpocząć, padam z nóg po pracy, leć pobawić się sam”, po czym odszedł do swojego gabinetu..

Ta cisza po wypowiedzeniu tych słów przez ojca to najgorsze chwile w życiu Kubusia. Moment w którym w jego serce wbijał się nóż. Nic nie wyrazi bólu jaki odczuł chłopiec po słowach własnego taty, który nie wyraził nawet grama zainteresowania dziełem swojego syna. Kałuża utworzona z łez chłopca siedzącego samotnie w zbudowanym przez siebie domku, stała się lustrem odbijającym przeogromny smutek i ból bijący z oczek malca.

Jego życie nigdy już nie było takie jak przed tamtymi wydarzeniami. Jedna chwila potrafiła poranić całkowicie jego serce. Już nigdy nie był tak otwarty, silny i pewny siebie jak przedtem. Brak zainteresowania taty stał się dla Kuby sygnałem odrzucenia. Poczuł się samotny i do niczego. Jego samoocena została zrujnowana.

Ta historia to przestroga. Przestroga dla każdego z nas, bo jak widzimy, jedna chwila potrafi zrujnować życie drugiej osobie. I wcale nie potrzeba noża czy sztyletu, by poranić serce drugiego.

Wystarczy brak zainteresowania.

Bo on potrafi zranić bardziej niż najostrzejszy skalpel.