Światło

Wszyscy wiemy jak to jest żyć w ciemności. Gdy braknie prądu w zimowy wieczór ciężko trafić do łazienki, problem ze zjedzeniem kolacji, już nawet nie wspominając o wzięciu prysznica. Brak światła doskwiera. Stwarza dyskomfort. Utrudnia życie.

I w naszych wnętrzach też tak jest. Są one jak mieszkania w których potrzeba światła. Początkowo może i go nie brakuje, jednak gdy zapada zmrok, każdy szuka włącznika światła by nastała jasność. Nasze serca potrzebują światła tak samo jak nasze pokoje. By pokój był w pełni, potrzeba Światła. Dobrze znamy momenty gdy tego blasku braknie w naszych aparatach dotleniających organizm. Serducho w ciemności, jest jak niewidomy błądzący nocą po lesie. Gdy nasze serce nie ma latarki, zgubi się. Poprzewraca.. poturbuje.

Co zrobić by na nowo odnaleźć to światło, gdy blask świecy w naszym sercu zgaśnie? Ja wiem, wtedy nie jest łatwo. Najlepiej wszystko rzucić i zapaść w sen jak niedźwiedź na początku zimy. Ale właśnie o to chodzi by zapragnąć zmiany. By pójść, by zbliżyć się do Źródła Światła, by przyjść do Miłosiernego Jezusa, stanąć przed Nim takim jaki jestem, bez udawania, bez zakrywania czegokolwiek. Stanąć wziąć tą świece swojego obolałego, poranionego i zalęknionego serca i wydusić z siebie.. „Panie zapal ją Swoim blaskiem, rozświetl mroki mojego życia bo już nie mam siły żyć. Pomóż.. rozświetl..”

Bądź spokojny. Jezus nie jest Bogiem tyranem, czyhającym na Twoje potknięcie.. Jezus jest Bogiem miłości, dobra i pokoju.. jest Bogiem rozświetlającym każdą ciemność. Jego wsparcie jest jak latarka, która pozwala wygramolić się nam z wszelkich problemów.

Gdy w zimowy wieczór braknie w domu światła, mamy problem. Gdy braknie światła w naszym wnętrzu, mamy Jezusa. A gdy On rozpali Swoim ogniem nasze serca, zapłoną one pokojem, miłością, ciepłem, dobrem i nadzieją. Nadzieją na nowe.. LEPSZE czasy.

Wystarczy byś się do niego zbliżył.

Czy wystarczy?

Końcówka roku to zawsze czas skłaniający do sięganiem pamięcią wstecz. Chwytamy za lupy i starannie staramy się dojrzeć co tam w tym mijającym roku kalendarzowym się u nas wydarzyło. Szukamy sukcesów, chwil w których się zrealizowaliśmy, momentów w których ktoś nas pochwalił, czy urywków poczucia smaku zwycięstwa.

Dzisiejsze czasy to czasy samorealizacji. Pęd, rozwój, dokształcanie. Musisz być najlepszy, zarobić najwięcej, obejrzeć najwięcej, wiedzieć najwięcej i osiągnąć wszystko co tylko jest do osiągnięcia. Jak tego nie robisz to dla świata jesteś nikim.
W ostatnich dniach roku, gdy cały świat robi rachunek swoim sukcesom i wyznacza plany zarobkowe na kolejny, może warto olać ten cały świat i zrobić mu na przekór? Może warto wreszcie tupnąć w podłogę.. walnąć pięścią w stół..?! Może warto porzucić durne statystyki „co ja w tym roku osiągnąłem?”, a na kartce serca podsumowującej miniony rok w nagłówku umieścić napis..: „co w tym roku otrzymałem od Jezusa?”
Masz gdzie spać, masz kochającą rodzinę, możesz pracować, chodzić do szkoły, uśmiechać się, wstawać każdego ranka, chodzić, skakać, biegać, słyszeć, widzieć, przeżywać chwile radości, uśmiechu, miłości, pokoju, możesz spotykać się z samym Bogiem w Eucharystii, w Spowiedzi Św, w lekturze Pisma Świętego, na modlitwie.. możesz wcinać pyszniutką pizze i popijać ją colą, możesz tworzyć świat dookoła siebie, realizować swoje pasje na chwałę Panu, spacerować, podziwiać piękno świata, cieszyć buziuńkę, możesz dawać innym miłość, przyjmować ją od nich, możesz służyć Bogu służąc bliźnim, możesz być uczniem Jezusa, możesz… KOCHAĆ.

Uwierz mi, rozpoczynając kartkę rocznych posumować od słów.. „co w tym roku otrzymałem od Jezusa?” zapełnisz ją w kilka chwil. A i mogę się założyć że braknie Ci na niej miejsca.. Bo my tyle otrzymujemy od Pana.. tylko czy wystarczy nam odwagi, by porzucić pychę i zastąpić nagłówek naszych sukcesów.. Bożymi darami?
Bo gdy dziękujemy Bogu za to co od Niego otrzymujemy oczy naszych serce się otwierają. Smutek odchodzi, przygnębienie znika. Patrzymy i widzimy że mamy wszystko to co do pięknego życia potrzeba. Mamy Jego w sercu, więc po co nam durne wyścigi po durne sukcesy?
Dziękując Panu za otrzymane dary otwieramy się na kolejne. A łaski otrzymane od Niego są o stokroć piękniejsze od całych tych nagród Grammy, tytułów przed nazwiskiem, milionów na koncie czy statułetek na półce.
Tylko.. czy wystarczy nam odwagi..?

Blisko

Mroźne powietrze, pochowane ptaki, śpiące niedźwiedzie, czasem śnieg i szybko zapadający zmrok.
Grudzień. Kto z nas, ludzi nie lubi tego miesiąca?
A w zasadzie jego końcówki, czyli dni w których cały świat jakby się zmienia. Dni przyozdobionych światełkami, kolędami z głośnika i mnóstwem przecen w marketach, w których właściciele zasłaniając się świętami Bożego Narodzenia, wykorzystując narodziny Jezusa, trzepią hajsy, zmieniając serca ludzi, nastawiając je na materializm.
Boże Narodzenie coraz bliżej. Niedługo wejdziemy w końcowe etapy przygotowań, jakby „wyścig na finiszu”, w którym z każdej strony będą nam krzyczeć: „kupiłeś już wszystkie prezenty?!” „tylko u nas wielkie promocje!” „karpie, karpie, tylko 8 zł!” „czas zrobić najwięcej sałatek na świecie, i wysprzątać najdokładniej dom!”…
Czy w całym tym zabieganiu nie zapomnimy o najważniejszym?… czy nie zapomnimy na pamiątkę jakiego wydarzenia tak naprawdę czekamy?…
Bo na pewno nie na urodziny karpia, konkurs sałatek, czy festiwal ciast..
W tym pędzie świata, ukierunkowanym, nie oszukujmy się, ale na konsumpcjonizm i materializm, tak łatwo zatracić wartości. Tak łatwo zapomnieć kim jestem i po co tak naprawdę żyję..
Może te święta mają być w Twoim życiu przełomowe?
Może nie przypadkowo teraz to czytasz, a dzieje się tak, bo sam Jezus, którego pamiątkę urodzin będziemy obchodzić za kilka dni, chce Ci powiedzieć prosto w oczy.. „czekam na Ciebie..” ?
Odłóż na chwilę na bok wszystko to co wbija Ci w głowę świat. Odłóż i zauważ Jezusa. Bo to On może Ci dać wszystko to o czym od zawsze marzysz.
Bo nie są to nowe spodnie, auto czy najlepsze na świecie ciasto..
Twoim największym marzeniem jest poczuć się najbardziej na świecie kochanym.
I Jezus w te święta chce Ci pokazać że tak właśnie jest..
Że dla Niego to właśnie TY jesteś najważniejszy na świecie.
Tylko.. czy odnajdziesz w tym pędzie chwilę czasu.. by mógł Ci to powiedzieć?

jasnefelietony7

Dzieci Króla #dobreŁotry

Miałeś tak kiedyś, że czułeś się do niczego? Tak wieesz, totalny dół, słabość i przygniecenie. Czas gdy kiedy spojrzałeś w lustro, miałeś ochotę walnąć tego gostka po drugiej stronie pięścią wprost w twarzyczkę. Czas uwypuklenia Twoich grzechów. Czas przegranej.
Ja wieeem, każdy ma taki czas, w którym czuje się jak jedno wielkie NIC.. Widzi te wszystkie nakazy, polecenia i zasady wszechobecne w świecie chrześcijańskim, bijące w niego jak wielka pięść Kliczki. Wszystkie te ataki, jeśli nie będziesz taki to skończysz tak, czy siak.. I tak dalej i tak dalej.. Widzi to wszystko, potem patrzy na swoje życie i już nawet boi się podnieść głowy, nie mówiąc o dalszym życiu pełnym pasji i radości..
STOP.
Czy tego chce nasz Bóg?? Czy pragnie tego byśmy chodzili zdołowani jak mrówki, przez to że naszym sercom jeszcze tak daleko do doskonałości??
Bzdura, Pan owszem chce żebyśmy pamiętali o tym że bez Niego jesteśmy totalnie słabi, ale nie chce żeby to powodowało nasze przybicie..
On chce stanąć teraz przed Tobą, normalnie, On w Twoim pokoju.. pragnie podnieść Cię z upadku, skierować Twój wzrok na Jego wzrok i wyszeptać, łagodnym, pełnym miłości głosem.. „Jesteś moim ukochanym, w pełni wartościowym Dzieckiem! Do góry głowa, nieistotne, że niedoskonały, jesteś synem/córką samego Króla!”.
Czaisz temat?? Jezus staje i normalnie prosto w oczy Ci to w tym momencie mówi! Wczorajszy dzień zmienił wszystko w dziejach Polski, ale i też zmienił wszystko w.. Twoich dziejach Braciszku! I w Twoich też Siostrzyczko! Twoje życie już nie jest życiem Tomka, Kasi, Kuby, Oli czy Staśka.. Twoje życie od wczoraj jest życiem.. dziecka samego KRÓLA!
Poprzez akt przyjęcia Jezusa za naszego Króla i Pana, przyjąłeś tym samym testament dziecięstwa Bożego ofiarowany właśnie Tobie przez Chrystusa dwa tysiące lat temu na drzewie krzyża, oblanym litrami krwi.. Jego Przenajświętszej Krwi..
Zasady chrześcijańskie, nakazy i polecenia są potrzebne. No jasne. To dzięki nim wiemy jak powinniśmy postępować. Jednak nie mogą one sprawiać że całe Twoje życie kręcić się będzie wokół nich.. że będziesz żył by je wypełniać.. Twoje życie musi kręcić się wokół.. MIŁOŚCI.
A upadki będą Ci się zdarzać. Jednak ważne by po uświadomieniu sobie swojej słabości, szybko przypomnieć sobie że dla Pana to nie jest najważniejsze.. że dla Niego najważniejszy jesteś.. Ty.
Dobry Łotr z krzyża też był przez wszystkich skreślony.. a przez Jezusa został obdarzony tak wielkim Miłosierdziem, że jeszcze tego samego dnia… został Święty.
Nie bez przyczyny w dniu wczorajszym, w dniu Jezusa Króla Wszechświata, w Ewangelii słyszymy o Dobrym Łotrze..
To odpowiedź.
Odpowiedź Twojemu sercu, które wciąż nie jest pewne czy Bóg kocha je pomimo tylu słabości..
No to masz odpowiedź..
Jezus za Tobą szaleje!
Możesz odetchnąć..
..Drogie Dziecko Króla!
jasnefelietony7

Cicha świętość

Rodzina Dąbrowskich to z pierwszego spojrzenia zwykła, polska, szara rodzina. Wiesz, niczym nie wyróżniająca się ze społeczeństwa, taka jakby w nie wtopiona. Wspólne oglądanie telewizji i wspólne obiady.
Nie mamy jednak pojęcia jak różne są nasze spostrzeżenia od rzeczywistości. Jak różni się to stanie z boku od wejścia w życie tej rodziny.
Bo gdy tam wejdziemy, gdy otworzymy drzwi, nie ujrzymy przedsionku domu.. zobaczymy przedsionek Nieba. I to nie taki wypełniony przyjemnościami, przepychem i brakiem cierpienia.. zobaczymy przedsionek Nieba wypełniony.. totalną MIŁOŚCIĄ.
Dzień 25 grudnia 2008 roku państwo Dąbrowscy zapamiętają do końca życia.. i nie tylko dlatego że w ten piękny, grudniowy dzień obchodzimy Boże Narodzenie.. też dlatego że ten dzień jest dniem narodzin ich piątego dziecka. Tomeczka.
Diagnozy nic nie wskazywały. Miał się urodzić jak każdy inny niemowlak. Z płaczem ale z wszystkimi kończynami. I owszem płacz był.. płacz dziecka i rodziców gdy ujrzeli swoje dzieciątko, dzieciątko które przywitało ten świat bez dwóch rąk, do tego z dziecięcym porażeniem mózgowym.
Świat małżeństwa stanął na głowie. Spadł. Runął.
Ciężko było im odnaleźć się w tym wszystkim. Nic nie dawały rozmowy z psychologiem.. dopiero rozmowa z NIM odmieniła ich spojrzenie.
Dopiero kiedy razem klęknęli w Świątyni przed Panem i z płaczem zaczęli krzyczeć: „czemu?! czemu?!”.. dopiero wtedy ich serca się otworzyły. A gdy serce się otwiera to wchodzi w nie ..Bóg. I tak było i tym razem. Nagle tata otworzył Pismo Święte, a tam… słowa: „Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże.” .. spojrzeli wers wcześniej i już mięli całość:
„1 przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. 2 Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» 3 Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże.”
Duch Święty umocnił rodziców, tak wielką Bożą mocą, że od tego dnia zaczęli doceniać to że ich syn urodził się właśnie taki. Zaczęli, choć na początku nie było to wcale łatwe, dziękować za to Bogu.
Dziś Tomeczek ma 8 lat a rodzice najcudowniejszą rodzinę na świecie. Jak mówią nie zamieniliby jej na żadnej innej!
Życie ich nie rozpieszcza.. rehabilitacja synka pochłania znaczną część funduszy. Tata by żywić rodzinę zabił całkowicie swoje ego. Nie pamięta kiedy sprawił sobie jakąś przyjemność, nowy zakup, wyjście na mecz.. Jak sam mówi, dla niego największą przyjemnością jest widok najedzonych brzuszków i uśmiechniętych buziek ich pięcioro pociech.
Mama nie pamięta kiedy kupiła sobie jakiś prezent, kiedy wyszła do znajomych, kiedy poszła do kosmetyczki.. Całe jej życie jest totalną służbą. Zapominaniem o sobie, a dawaniem siebie innym.
To święci naszych czasów.
Mimo biedy, mimo wielkich cierpień, bólu, choroby i braku pieniędzy, nie opuścili ani jednej codziennej Eucharystii. Wiedzą że tylko w Bogu ich jest zbawienie, tylko w Bogu ich dusz ukojenie..
Żyją totalną służbą, sobie nawzajem, ale nie tylko. Angażują się także z całych sił w pomoc bliźnim. To paradoks. Świat zabrał im prawie wszystko, a oni chcą dawać wszystko innym..
Chcą dawać im miłość..
Małżeństwo wspólnie ewangelizuje osoby bezdomne, opowiada im o Chrystusie, o Jego miłości i Miłosierdziu, organizuje dla nich zbiórki żywności i ubrań, rozmawia z nimi.. po prostu z nimi jest..
Rodzina Dąbrowskich żyje z dala od świata.. z dala od pieniędzy, wyniosłości, pogoni za karierą, autami i szybkimi przyjemnościami..
Żyją skromnie, i mimo że opieka nad chorym Tomeczkiem pochłania tyle czasu i sił, każdego dnia znajdują czas na Eucharystię, pomoc innym, modlitwę, zabawę z resztą dzieci.. dawanie miłości. Mimo ogromnego bólu, uśmiech nie znika z twarzy rodziny.
Gdy wejdziesz do ich domu, czuć tą miłość w powietrzu.
Przedsionek Nieba.
Bo właśnie w takich miejscach, w takich warunkach i z takimi ludźmi.. rodzi się ŚWIĘTOŚĆ.
Takich jak Dąbrowscy jest i było bardzo dużo. Tyle że kto o nich wie?
Pamiętajmy w tym ważnym dniu także o nich.. o świętych cichych.. o tych, których świat nie zapamiętał.. za to na pewno zapamiętał ich.. JEZUS.

jasnefelietony7

Czuj się bezpiecznie..

Trudne chwile. Kto z nas ich nie zna? Długo lecące minuty, lęk, opuszczenie i ból przeszywający skronie. Krzyż na naszych barkach zdaje się ważyć jeszcze pół tony więcej niż zwykle. Kroki stają się coraz słabsze.. wolniejsze.. Serce bije nierównym rytmem, a łzy chcą wylewać się z oczy niczym górskie potoki..
Przytłoczenie i ból zdaje się być tak duże jak wieża Eiffla.
To niełatwe. Wiem.
Pamiętam doskonale swoje chwile przytłoczenia, bólu i rozpaczy.. Ma się wszystkiego dość, a wszelkie słowa pociechy drażnią, jak wiertarka sąsiada o 6 nad ranem..
Co w tych chwilach począć?? gdzie szukać ratunku??
Można w zrezygnowaniu, skierować wzrok ku dołowi, rzucić twarzą w poduszkę..
Jednak wtedy, gdy już oczom kończą się zapasy łez.. zupełnie niespodziewanie staje obok nas.. ON.
Gdy wszyscy nas opuścili, gdy wszystko zdaje się iść nie tak, kiedy czujemy strach, ból i przytłoczenie, w chwilach marazmu, załamania i oschłości.. staje ON.
To Jezus.
On we własnej osobie. Bóg Wszechświata w Twoim pokoju. Teraz, w tym momencie tuż obok Ciebie.
Staje i łagodnym spojrzeniem wtapia się w Twoje zapłakane, zmęczone oczka..
Jego pełen miłości wzrok zdaje się mówić „nic.. nie musisz mówić nic.. odpocznij we Mnie.. czuj się bezpiecznie”.
Normalnie.. Staje i to mówi!
No na co czekasz?? Przytul Go !
Nie musisz mówić nic.. odpocznij w Nim.. czuj się bezpiecznie..
Jego miłość jest większa od naszego bólu, załamania, obaw.. jest większa od wieży Eiffla i pałacu Kultury.
On nie oczekuje od Ciebie nic.. chce po prostu ofiarować Ci Swoją Miłość.. po prostu chce Cię przytulić.. On dokładnie wie co teraz przeżywasz. On sam przeżywał te chwile gdy czuł niewyobrażalne przytłoczenie podczas modlitwy w Ogrójcu.. „Boże mój Boże czemuś mnie opuścił??”
Jezus jest teraz bliżej Ciebie niż Ci się wydaje. On jest teraz w Twoich ranach, bólu, obawach i przytłoczeniu.. On teraz wchodzi w te wszystkie miejsca i wylewa na nie Swoją Miłość..
Dotyka tych miejsc i je leczy.. okłada.. balsamuje.
Jezus, najlepszy pielęgniarz świata.

„Ciii, Już dobrze moja Dziecinko” rozbrzmiewa w Twoim sercu.. To nie przesłuchy..
To Jezus.
Bo Jezusowi nie zależy na nikim tak bardzo jak na Tobie.
„Nic, nie musisz mówić nic.. odpocznij we Mnie, czuj się bezpiecznie..”

jasnefelietony7

Misja Miłości

Przypomnij sobie dawne czasy. Czasy króla. Pewnie ich nie pamiętasz, zresztą jak każdy z nas. Bo każdy z nas był wtedy dopiero w zamyśle Boga.
Średniowiecze. Miasteczko jak każde inne. Zamek, kościół, jarmark i rzeka. Ludzie poubierani w dziwaczne stroje i wielkie buty. Pola uprawne, ziemniaki i fasola. Stan dzielił się na dwa, na chłopów i rycerstwo.
Jedynie nieliczni mogli zbliżyć się do króla, pobyć z nim, potowarzyszyć. Nieliczni mogli skosztować obecności króla.
Wśród tych szczęśliwców król każdego roku wybierał sobie wybranych. Tych którym przydzieli specjalne zadanie. Misję.
Takich wiesz, na których barkach spoczywało wiele. Mowa o posłańcach, których król wysyłał w dalekie tereny, by dotrzeć tam gdzie jeszcze nikt nie dotarł z jego wieściami. Po to by je tam ogłosić w jego imię.
Dziś też są tacy ludzie. Ci którzy jadą coś ogłaszać. I nie wyznacza ich żaden ziemski król. Wybiera ich Król Wszechświata. Jezus.
Ludzie którzy w Jego imię zostawiają wszystko, rodziny, bliskich, znajomych, rodowite strony, marzenia i ruszają w nieznane tylko dlatego że usłyszeli w sercu wezwanie Pana. Usłyszeli że zostali wezwani na… MISJE!
Myślisz że to łatwe?? Proste?
Nie każdy może zostać misjonarzem. To nie plebiscyt w którym występuje każdy kto chce.
To ciężka droga, którą Pan wyznacza tym którym ją zaplanował.
Wyznacza posłańców, którzy w Jego imię jadą tam, setki tysięcy kilometrów od bliskich, żyją nierzadko w kiepskich warunkach, w tęsknocie, w totalnym poświęceniu i ubytku sił po to by.. przekazać mieszańcom rejonów w które się udają że jest Ktoś kto za nimi szaleje! Że nie są sami ze swoimi problemami, że ich życie jest cudownym darem, a oni sami są wyjątkowi. By pokazać im Jezusa, Jego Miłość i Miłosierdzie. By pomóc Panu otworzyć drzwi serca wszystkim zagubionym, po to by On mógł ich uleczyć, uzdrowić, umocnić.
To niełatwa droga. To droga ewangelicznej miłości. Droga ciągłego zapominania o sobie, by w zamian stawiać w to miejsce Boga i drugiego człowieka.
Posłańcy króla nie mieli łatwo. Lecz duma z tak wielkiej służby królowi była najsłodszą zapłatą za wszelkie ciężkości.
Misje to nie zabawa.
To ciężka harówka.
Ale świadomość tego że jest się Misjonarzem samego Boga, posłanym przez Niego by nieść innym Miłość jest najcudowniejszą nagrodą z możliwych.
Nagrodą Nieba.

jasnefelietony7

Jesteś piękna. Jesteś piękny.

Tomek odkąd pamięta miał nadwagę. Wiesz te genetyczne powikłania sprawiały że stając w lustrze obok rówieśników zawsze był szerszy. I odkąd pamięta też, to mu nie przeszkadzało.
Do czasu.
Do momentu kiedy pierwszy raz usłyszał z ust kolegi: „ale z ciebie grubas! Jesteś tłusty jak czwartek!”. Dla tego który to powiedział to zwykłe słowa.. dla Tomka to sztylet który wbił się mu w serce.
Dziś Tomek ma 16 lat, mamę, dwójkę rodzeństwa i serce poranione tak, jakby ktoś pociął je żyletkami.
Gdy wraca ze szkoły pada twarzą na łóżko, chowając ją w poduszkę.. gorzkie łzy spływają kropla po kropli po poduszce, łóżku i dalej na podłogę, tworząc maleńką kałużę.. która staje się dla Tomka oceanem cierpienia.
W uszach rozbrzmiewają mu słowa koleżanek i kolegów.. „grubas.. tłuścioch.. fajtłapa..”
Tomek leży i czuje tak wielki ból, o którym śmiem twierdzić, ani Ty, ani ja nawet nie pomyśleliśmy..
Ból cięższy od płyty chodnikowej. Większy od Mount Everest.
Tomek nie potrafi spojrzeć w lustro.. Za każdym razem widzi tam tego o którym krzyczą jego koledzy.. nie widzi siebie.. widzi to okropne wyobrażenie..
Takich jak Tomek są miliony.. Poranieni, zakompleksieni, poturbowani..
Dlaczego tak się dzieje, że my PIĘKNI ludzie stworzeni na obraz i podobieństwo samego BOGA czyjemu się jak kupy na chodniku?? No kurde czemu?!
Gdyby nie było telewizji byłoby inaczej.
To ta wszechobecna showbiznesowa propaganda zabiera nam z naszych serc prawdziwy obraz nas.. obraz dzieci Boga, w zamian karmiąc nas schematami i wyobrażeniami sztucznego piękna..
No powiedz, czemu niby w TV same idealne postacie? Czemu masy makijażu, dobrze rzucane światło, odpowiednie ustawienie kamery??
Świat zwariował na punkcie idealizmu. Zatracił znaczenie piękna. Przeobraził je.
To przez to czujemy się tak źle. Widzimy wzory w TV, potem patrzymy na siebie i dołek gotowy. A dalej brnąc w to jest coraz gorzej..
Wyłączmy TV, a otwórzmy Biblię.. wtedy poznamy prawdę.
Prawdę o pięknie. Prawdę o nas.
„Wszystko co stworzył Bóg było DOBRE” – czytamy już na pierwszych kartach Świętej Księgi. Dobre czyli też i piękne. Nikt z nas nie jest przypadkiem. Każdy z nas został idealnie zaprojektowany przez samego Boga.
Halo czy słyszysz to?? Nie jesteś żadną Kasią, jesteś Kasią którą stworzył od stóp do głów sam BÓG?? Czaisz temat??
Jak to co On stworzył może być brzydkie???
Zatracamy piękno w sobie, bo nie patrzymy MIŁOŚCIĄ.
Patrzymy wzorcami z telewizora, przystojniakami, szerokimi klatami i smukłymi sylwetkami modelek..
A co gdyby spojrzeć MIŁOŚCIĄ? No hej! Patrz tylko, gdy chłopak zakochuje się w dziewczynie, a dziewczyna w chłopaku, wtedy oni naprawdę patrzą na siebie nawzajem miłością. Widzą swoje piękno, idealne dla siebie nawzajem.
No i o to właśnie chodzi Bracie i Siostro!
Ogarniając to zmienimy spojrzenie na siebie i na innych. Pan chce żebyśmy patrzeli na siebie samych i na innych z miłością. A patrząc miłością zauważymy prawdziwe piękno.
Bez wyjątku. Każdy z nas jest piękny.
Fałsz mówi nam w myślach „jestem do niczego.. jestem brzydka”. Bo nie ma w tym za kszty prawdy. Bóg jest Prawdą. A prawda myśli miłością. Bóg myśli miłością.
Jeśli patrzysz w lustro i jeszcze nie potrafisz zauważyć piękna, to znak, że jeszcze patrzysz na siebie oczami.. nie miłością.
Wyłącz tv, włącz serce.
Jesteś PIĘKNA!
Jesteś PIĘKNY!
Zaprojektowani i stworzeni przez samego BOGA.

„Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, 
Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. 
Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, 
godne podziwu są Twoje dzieła. „
Ps 139, 13-14

jasnefelietony7

Marność

Życie jest jak bieg słońca po horyzoncie nieba. Wschód, zachód. Wschodzi i tak wędruje sobie niby powolnie, ale w rzeczywistości gna jak poparzone. Życie nasze też takie jest. Szybkie. Czasem bardzo. Szczególnie wtedy gdy wpadniemy w jego wir. Gdy zapomnimy o tym w czym się poruszamy, a skupimy się na samym poruszaniu. Bo patrz. Słońce porusza się po niebie, tak? no a my poruszamy się, żyjemy w Bożej przestrzeni, można rzec w przestrzeni Nieba. Słońce gdyby wtopiło się w niebo zostało by w nim na zawsze.. ale ono gna.. pędzi, pędzi iii znika. Za horyzontem. Leci w dół.
Czy my też tak chcemy? chcemy spaść, upaść, zniknąć?
Skupiając się na wędrówce, na cielesności, na sukcesach, na zewnętrzności, na pragnieniach, tak właśnie skończymy. Gdzieś tam pod ziemią..
po co nam to wszytko?! po co te wszystkie drogie auta, ciuchy, uroda, pokazówki, mnóstwo znajomości, sukcesy i tysiące na koncie? To wszystko to marność tego świata. Proch, pył. Który zniknie, uleci, spadnie.
Przecież my nie chcemy z nim.
My tak bardzo chcemy żyć, po prostu być.
A może tak od dziś koniec z tym gnaniem? może tak olać to wszystko za czym jeszcze dziś tak pędziłem? może czas przystanąć? może czas odetchnąć i rozejrzeć się, gdzie jak tak właściwie biegnę?
może wreszcie czas stanąć, zauważyć tą przestrzeń Nieba dzięki której przecież teraz jestem, oddycham i czytam ten tekst.. może to właśnie dziś czas to wszystko zauważyć, wreszcie zauważyć Tego dla kogo my wszyscy tu jesteśmy.
Może czas wreszcie się w NIEGO całkowicie wtopić?
By w końcu zacząć żyć.
Po prostu być.

jasnefelietony7

Biegacze

Dzisiejszy świat to świat pędzących ludzi. I niby większość nie trenuje, ale każdy biega. Biega za szczęściem. I w sumie to nic złego, pragnienie szczęścia.. to takie normalne, takie ludzkie.. tylko wiecie co? My ludzie, jakoś tak kurde się porobiło, że biegniemy nie po tej trasie co trzeba.. zagubiliśmy się, zakręciliśmy, zapomnieliśmy i zamiast po drodze do prawdziwego i jedynego szczęścia, poskręcaliśmy w jakieś boczne uliczki. Uliczki poczucia szczęścia od ludzi, od pracy, od pozycji, od poszanowania, szczęścia od dobra które się wyświadczy innym, czy poczucia stabilności życia.
I niektóre z tych ścieżek są dobre, przecież to tak piękne gdy chcemy być super dobrymi ludźmi, którzy wszystkim pomagają i potrafią zabezpieczyć los rodziny. Okej, wszystko fajnie.. tylko wiecie co? na cholerę nam to wszystko, kiedy nie potrafimy zabezpieczyć losu siebie i rodziny.. ale losu tego WIECZNEGO życia?!
Wybieramy ten szereg ścieżek i pędzimy nimi, co najśmieszniejsze myśląc że robimy dobrze, prawo i „po Bożemu”.. bzdura, każda droga która nie jest wypełniona Jezusem jest drogą donikąd. Serio.
Myślisz że żyjąc „na medal”, pomagając komu się da, robiąc najlepsze rzeczy, ale wszystko SAM, bez żywej relacji z Bogiem, jesteś wielki w oczach Pana?
Jemu nie chodzi o sukcesy. Jemu chodzi o Ciebie..
Weź odłuż na moment to wszystko za czym tak gnasz. Weź zatrzymaj się na tej ścieżkę którą sobie obrałeś jako tą prowadzącą do niby szczęścia.. stań, zatrzymaj się, odsapnij.. i pogadaj..
Pogadaj z Jezusem który właśnie stoi przed Tobą.
Naprawdę stoi. No weźże w końcu podnieś oczy!
Dość udawania, dość gnania samemu, dość gonienia za pozornym szczęściem..
Jemu chodzi o nas. O nasze serca.
Gdy wejdziemy na tą jedną, właściwą ścieżkę, którą rozpoczniemy bieg do prawdziwego szczęścia, w naszym życiu zacznie się wszystko zmieniać..
Odejdą smutki, rozgoryczenie, udawanie, nerwy i niepokój..
Bo to wszystko jest, gdy nie ma Boga.
Chrystus to zbierze. Da Ci w zamian butelki miłości, radości, pokoju, sensu, bliskości, samoakceptacji, poczucia wartości i siły.. butelki, byś nie musiał już gasić pragnienia szczęścia żadnymi zastępnikami..
Byś biegnąc po szczęście Nieba, w każdej chwili mógł stanąć wziąć do ręki to co daje Ci Bóg i po prostu jednym łykiem wprowadzić to w siebie, tak jak biegacz gasi pragnienie biegnąc w zawodach.
Czekają na nas cudowne, Boże rzeczy już tu na ziemi. Czekają ulewy łask z Nieba. Ognie Miłości. Podmuchy pokoju. Potoki radości.
Tylko wreszcie wejdźmy na tą jedną, właściwą ścieżkę..
Resztą zajmie się On.
Bo tylko On jest tym za czym tak gnamy…
Bo TYLKO On jest prawdziwym szczęściem.

jasnefelietony7