Archiwa tagu: Jezus

Czy wystarczy?

Końcówka roku to zawsze czas skłaniający do sięganiem pamięcią wstecz. Chwytamy za lupy i starannie staramy się dojrzeć co tam w tym mijającym roku kalendarzowym się u nas wydarzyło. Szukamy sukcesów, chwil w których się zrealizowaliśmy, momentów w których ktoś nas pochwalił, czy urywków poczucia smaku zwycięstwa.

Dzisiejsze czasy to czasy samorealizacji. Pęd, rozwój, dokształcanie. Musisz być najlepszy, zarobić najwięcej, obejrzeć najwięcej, wiedzieć najwięcej i osiągnąć wszystko co tylko jest do osiągnięcia. Jak tego nie robisz to dla świata jesteś nikim.
W ostatnich dniach roku, gdy cały świat robi rachunek swoim sukcesom i wyznacza plany zarobkowe na kolejny, może warto olać ten cały świat i zrobić mu na przekór? Może warto wreszcie tupnąć w podłogę.. walnąć pięścią w stół..?! Może warto porzucić durne statystyki „co ja w tym roku osiągnąłem?”, a na kartce serca podsumowującej miniony rok w nagłówku umieścić napis..: „co w tym roku otrzymałem od Jezusa?”
Masz gdzie spać, masz kochającą rodzinę, możesz pracować, chodzić do szkoły, uśmiechać się, wstawać każdego ranka, chodzić, skakać, biegać, słyszeć, widzieć, przeżywać chwile radości, uśmiechu, miłości, pokoju, możesz spotykać się z samym Bogiem w Eucharystii, w Spowiedzi Św, w lekturze Pisma Świętego, na modlitwie.. możesz wcinać pyszniutką pizze i popijać ją colą, możesz tworzyć świat dookoła siebie, realizować swoje pasje na chwałę Panu, spacerować, podziwiać piękno świata, cieszyć buziuńkę, możesz dawać innym miłość, przyjmować ją od nich, możesz służyć Bogu służąc bliźnim, możesz być uczniem Jezusa, możesz… KOCHAĆ.

Uwierz mi, rozpoczynając kartkę rocznych posumować od słów.. „co w tym roku otrzymałem od Jezusa?” zapełnisz ją w kilka chwil. A i mogę się założyć że braknie Ci na niej miejsca.. Bo my tyle otrzymujemy od Pana.. tylko czy wystarczy nam odwagi, by porzucić pychę i zastąpić nagłówek naszych sukcesów.. Bożymi darami?
Bo gdy dziękujemy Bogu za to co od Niego otrzymujemy oczy naszych serce się otwierają. Smutek odchodzi, przygnębienie znika. Patrzymy i widzimy że mamy wszystko to co do pięknego życia potrzeba. Mamy Jego w sercu, więc po co nam durne wyścigi po durne sukcesy?
Dziękując Panu za otrzymane dary otwieramy się na kolejne. A łaski otrzymane od Niego są o stokroć piękniejsze od całych tych nagród Grammy, tytułów przed nazwiskiem, milionów na koncie czy statułetek na półce.
Tylko.. czy wystarczy nam odwagi..?

Blisko

Mroźne powietrze, pochowane ptaki, śpiące niedźwiedzie, czasem śnieg i szybko zapadający zmrok.
Grudzień. Kto z nas, ludzi nie lubi tego miesiąca?
A w zasadzie jego końcówki, czyli dni w których cały świat jakby się zmienia. Dni przyozdobionych światełkami, kolędami z głośnika i mnóstwem przecen w marketach, w których właściciele zasłaniając się świętami Bożego Narodzenia, wykorzystując narodziny Jezusa, trzepią hajsy, zmieniając serca ludzi, nastawiając je na materializm.
Boże Narodzenie coraz bliżej. Niedługo wejdziemy w końcowe etapy przygotowań, jakby „wyścig na finiszu”, w którym z każdej strony będą nam krzyczeć: „kupiłeś już wszystkie prezenty?!” „tylko u nas wielkie promocje!” „karpie, karpie, tylko 8 zł!” „czas zrobić najwięcej sałatek na świecie, i wysprzątać najdokładniej dom!”…
Czy w całym tym zabieganiu nie zapomnimy o najważniejszym?… czy nie zapomnimy na pamiątkę jakiego wydarzenia tak naprawdę czekamy?…
Bo na pewno nie na urodziny karpia, konkurs sałatek, czy festiwal ciast..
W tym pędzie świata, ukierunkowanym, nie oszukujmy się, ale na konsumpcjonizm i materializm, tak łatwo zatracić wartości. Tak łatwo zapomnieć kim jestem i po co tak naprawdę żyję..
Może te święta mają być w Twoim życiu przełomowe?
Może nie przypadkowo teraz to czytasz, a dzieje się tak, bo sam Jezus, którego pamiątkę urodzin będziemy obchodzić za kilka dni, chce Ci powiedzieć prosto w oczy.. „czekam na Ciebie..” ?
Odłóż na chwilę na bok wszystko to co wbija Ci w głowę świat. Odłóż i zauważ Jezusa. Bo to On może Ci dać wszystko to o czym od zawsze marzysz.
Bo nie są to nowe spodnie, auto czy najlepsze na świecie ciasto..
Twoim największym marzeniem jest poczuć się najbardziej na świecie kochanym.
I Jezus w te święta chce Ci pokazać że tak właśnie jest..
Że dla Niego to właśnie TY jesteś najważniejszy na świecie.
Tylko.. czy odnajdziesz w tym pędzie chwilę czasu.. by mógł Ci to powiedzieć?

jasnefelietony7

Dzieci Króla #dobreŁotry

Miałeś tak kiedyś, że czułeś się do niczego? Tak wieesz, totalny dół, słabość i przygniecenie. Czas gdy kiedy spojrzałeś w lustro, miałeś ochotę walnąć tego gostka po drugiej stronie pięścią wprost w twarzyczkę. Czas uwypuklenia Twoich grzechów. Czas przegranej.
Ja wieeem, każdy ma taki czas, w którym czuje się jak jedno wielkie NIC.. Widzi te wszystkie nakazy, polecenia i zasady wszechobecne w świecie chrześcijańskim, bijące w niego jak wielka pięść Kliczki. Wszystkie te ataki, jeśli nie będziesz taki to skończysz tak, czy siak.. I tak dalej i tak dalej.. Widzi to wszystko, potem patrzy na swoje życie i już nawet boi się podnieść głowy, nie mówiąc o dalszym życiu pełnym pasji i radości..
STOP.
Czy tego chce nasz Bóg?? Czy pragnie tego byśmy chodzili zdołowani jak mrówki, przez to że naszym sercom jeszcze tak daleko do doskonałości??
Bzdura, Pan owszem chce żebyśmy pamiętali o tym że bez Niego jesteśmy totalnie słabi, ale nie chce żeby to powodowało nasze przybicie..
On chce stanąć teraz przed Tobą, normalnie, On w Twoim pokoju.. pragnie podnieść Cię z upadku, skierować Twój wzrok na Jego wzrok i wyszeptać, łagodnym, pełnym miłości głosem.. „Jesteś moim ukochanym, w pełni wartościowym Dzieckiem! Do góry głowa, nieistotne, że niedoskonały, jesteś synem/córką samego Króla!”.
Czaisz temat?? Jezus staje i normalnie prosto w oczy Ci to w tym momencie mówi! Wczorajszy dzień zmienił wszystko w dziejach Polski, ale i też zmienił wszystko w.. Twoich dziejach Braciszku! I w Twoich też Siostrzyczko! Twoje życie już nie jest życiem Tomka, Kasi, Kuby, Oli czy Staśka.. Twoje życie od wczoraj jest życiem.. dziecka samego KRÓLA!
Poprzez akt przyjęcia Jezusa za naszego Króla i Pana, przyjąłeś tym samym testament dziecięstwa Bożego ofiarowany właśnie Tobie przez Chrystusa dwa tysiące lat temu na drzewie krzyża, oblanym litrami krwi.. Jego Przenajświętszej Krwi..
Zasady chrześcijańskie, nakazy i polecenia są potrzebne. No jasne. To dzięki nim wiemy jak powinniśmy postępować. Jednak nie mogą one sprawiać że całe Twoje życie kręcić się będzie wokół nich.. że będziesz żył by je wypełniać.. Twoje życie musi kręcić się wokół.. MIŁOŚCI.
A upadki będą Ci się zdarzać. Jednak ważne by po uświadomieniu sobie swojej słabości, szybko przypomnieć sobie że dla Pana to nie jest najważniejsze.. że dla Niego najważniejszy jesteś.. Ty.
Dobry Łotr z krzyża też był przez wszystkich skreślony.. a przez Jezusa został obdarzony tak wielkim Miłosierdziem, że jeszcze tego samego dnia… został Święty.
Nie bez przyczyny w dniu wczorajszym, w dniu Jezusa Króla Wszechświata, w Ewangelii słyszymy o Dobrym Łotrze..
To odpowiedź.
Odpowiedź Twojemu sercu, które wciąż nie jest pewne czy Bóg kocha je pomimo tylu słabości..
No to masz odpowiedź..
Jezus za Tobą szaleje!
Możesz odetchnąć..
..Drogie Dziecko Króla!
jasnefelietony7

Cicha świętość

Rodzina Dąbrowskich to z pierwszego spojrzenia zwykła, polska, szara rodzina. Wiesz, niczym nie wyróżniająca się ze społeczeństwa, taka jakby w nie wtopiona. Wspólne oglądanie telewizji i wspólne obiady.
Nie mamy jednak pojęcia jak różne są nasze spostrzeżenia od rzeczywistości. Jak różni się to stanie z boku od wejścia w życie tej rodziny.
Bo gdy tam wejdziemy, gdy otworzymy drzwi, nie ujrzymy przedsionku domu.. zobaczymy przedsionek Nieba. I to nie taki wypełniony przyjemnościami, przepychem i brakiem cierpienia.. zobaczymy przedsionek Nieba wypełniony.. totalną MIŁOŚCIĄ.
Dzień 25 grudnia 2008 roku państwo Dąbrowscy zapamiętają do końca życia.. i nie tylko dlatego że w ten piękny, grudniowy dzień obchodzimy Boże Narodzenie.. też dlatego że ten dzień jest dniem narodzin ich piątego dziecka. Tomeczka.
Diagnozy nic nie wskazywały. Miał się urodzić jak każdy inny niemowlak. Z płaczem ale z wszystkimi kończynami. I owszem płacz był.. płacz dziecka i rodziców gdy ujrzeli swoje dzieciątko, dzieciątko które przywitało ten świat bez dwóch rąk, do tego z dziecięcym porażeniem mózgowym.
Świat małżeństwa stanął na głowie. Spadł. Runął.
Ciężko było im odnaleźć się w tym wszystkim. Nic nie dawały rozmowy z psychologiem.. dopiero rozmowa z NIM odmieniła ich spojrzenie.
Dopiero kiedy razem klęknęli w Świątyni przed Panem i z płaczem zaczęli krzyczeć: „czemu?! czemu?!”.. dopiero wtedy ich serca się otworzyły. A gdy serce się otwiera to wchodzi w nie ..Bóg. I tak było i tym razem. Nagle tata otworzył Pismo Święte, a tam… słowa: „Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże.” .. spojrzeli wers wcześniej i już mięli całość:
„1 przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. 2 Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» 3 Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże.”
Duch Święty umocnił rodziców, tak wielką Bożą mocą, że od tego dnia zaczęli doceniać to że ich syn urodził się właśnie taki. Zaczęli, choć na początku nie było to wcale łatwe, dziękować za to Bogu.
Dziś Tomeczek ma 8 lat a rodzice najcudowniejszą rodzinę na świecie. Jak mówią nie zamieniliby jej na żadnej innej!
Życie ich nie rozpieszcza.. rehabilitacja synka pochłania znaczną część funduszy. Tata by żywić rodzinę zabił całkowicie swoje ego. Nie pamięta kiedy sprawił sobie jakąś przyjemność, nowy zakup, wyjście na mecz.. Jak sam mówi, dla niego największą przyjemnością jest widok najedzonych brzuszków i uśmiechniętych buziek ich pięcioro pociech.
Mama nie pamięta kiedy kupiła sobie jakiś prezent, kiedy wyszła do znajomych, kiedy poszła do kosmetyczki.. Całe jej życie jest totalną służbą. Zapominaniem o sobie, a dawaniem siebie innym.
To święci naszych czasów.
Mimo biedy, mimo wielkich cierpień, bólu, choroby i braku pieniędzy, nie opuścili ani jednej codziennej Eucharystii. Wiedzą że tylko w Bogu ich jest zbawienie, tylko w Bogu ich dusz ukojenie..
Żyją totalną służbą, sobie nawzajem, ale nie tylko. Angażują się także z całych sił w pomoc bliźnim. To paradoks. Świat zabrał im prawie wszystko, a oni chcą dawać wszystko innym..
Chcą dawać im miłość..
Małżeństwo wspólnie ewangelizuje osoby bezdomne, opowiada im o Chrystusie, o Jego miłości i Miłosierdziu, organizuje dla nich zbiórki żywności i ubrań, rozmawia z nimi.. po prostu z nimi jest..
Rodzina Dąbrowskich żyje z dala od świata.. z dala od pieniędzy, wyniosłości, pogoni za karierą, autami i szybkimi przyjemnościami..
Żyją skromnie, i mimo że opieka nad chorym Tomeczkiem pochłania tyle czasu i sił, każdego dnia znajdują czas na Eucharystię, pomoc innym, modlitwę, zabawę z resztą dzieci.. dawanie miłości. Mimo ogromnego bólu, uśmiech nie znika z twarzy rodziny.
Gdy wejdziesz do ich domu, czuć tą miłość w powietrzu.
Przedsionek Nieba.
Bo właśnie w takich miejscach, w takich warunkach i z takimi ludźmi.. rodzi się ŚWIĘTOŚĆ.
Takich jak Dąbrowscy jest i było bardzo dużo. Tyle że kto o nich wie?
Pamiętajmy w tym ważnym dniu także o nich.. o świętych cichych.. o tych, których świat nie zapamiętał.. za to na pewno zapamiętał ich.. JEZUS.

jasnefelietony7

Czuj się bezpiecznie..

Trudne chwile. Kto z nas ich nie zna? Długo lecące minuty, lęk, opuszczenie i ból przeszywający skronie. Krzyż na naszych barkach zdaje się ważyć jeszcze pół tony więcej niż zwykle. Kroki stają się coraz słabsze.. wolniejsze.. Serce bije nierównym rytmem, a łzy chcą wylewać się z oczy niczym górskie potoki..
Przytłoczenie i ból zdaje się być tak duże jak wieża Eiffla.
To niełatwe. Wiem.
Pamiętam doskonale swoje chwile przytłoczenia, bólu i rozpaczy.. Ma się wszystkiego dość, a wszelkie słowa pociechy drażnią, jak wiertarka sąsiada o 6 nad ranem..
Co w tych chwilach począć?? gdzie szukać ratunku??
Można w zrezygnowaniu, skierować wzrok ku dołowi, rzucić twarzą w poduszkę..
Jednak wtedy, gdy już oczom kończą się zapasy łez.. zupełnie niespodziewanie staje obok nas.. ON.
Gdy wszyscy nas opuścili, gdy wszystko zdaje się iść nie tak, kiedy czujemy strach, ból i przytłoczenie, w chwilach marazmu, załamania i oschłości.. staje ON.
To Jezus.
On we własnej osobie. Bóg Wszechświata w Twoim pokoju. Teraz, w tym momencie tuż obok Ciebie.
Staje i łagodnym spojrzeniem wtapia się w Twoje zapłakane, zmęczone oczka..
Jego pełen miłości wzrok zdaje się mówić „nic.. nie musisz mówić nic.. odpocznij we Mnie.. czuj się bezpiecznie”.
Normalnie.. Staje i to mówi!
No na co czekasz?? Przytul Go !
Nie musisz mówić nic.. odpocznij w Nim.. czuj się bezpiecznie..
Jego miłość jest większa od naszego bólu, załamania, obaw.. jest większa od wieży Eiffla i pałacu Kultury.
On nie oczekuje od Ciebie nic.. chce po prostu ofiarować Ci Swoją Miłość.. po prostu chce Cię przytulić.. On dokładnie wie co teraz przeżywasz. On sam przeżywał te chwile gdy czuł niewyobrażalne przytłoczenie podczas modlitwy w Ogrójcu.. „Boże mój Boże czemuś mnie opuścił??”
Jezus jest teraz bliżej Ciebie niż Ci się wydaje. On jest teraz w Twoich ranach, bólu, obawach i przytłoczeniu.. On teraz wchodzi w te wszystkie miejsca i wylewa na nie Swoją Miłość..
Dotyka tych miejsc i je leczy.. okłada.. balsamuje.
Jezus, najlepszy pielęgniarz świata.

„Ciii, Już dobrze moja Dziecinko” rozbrzmiewa w Twoim sercu.. To nie przesłuchy..
To Jezus.
Bo Jezusowi nie zależy na nikim tak bardzo jak na Tobie.
„Nic, nie musisz mówić nic.. odpocznij we Mnie, czuj się bezpiecznie..”

jasnefelietony7

Misja Miłości

Przypomnij sobie dawne czasy. Czasy króla. Pewnie ich nie pamiętasz, zresztą jak każdy z nas. Bo każdy z nas był wtedy dopiero w zamyśle Boga.
Średniowiecze. Miasteczko jak każde inne. Zamek, kościół, jarmark i rzeka. Ludzie poubierani w dziwaczne stroje i wielkie buty. Pola uprawne, ziemniaki i fasola. Stan dzielił się na dwa, na chłopów i rycerstwo.
Jedynie nieliczni mogli zbliżyć się do króla, pobyć z nim, potowarzyszyć. Nieliczni mogli skosztować obecności króla.
Wśród tych szczęśliwców król każdego roku wybierał sobie wybranych. Tych którym przydzieli specjalne zadanie. Misję.
Takich wiesz, na których barkach spoczywało wiele. Mowa o posłańcach, których król wysyłał w dalekie tereny, by dotrzeć tam gdzie jeszcze nikt nie dotarł z jego wieściami. Po to by je tam ogłosić w jego imię.
Dziś też są tacy ludzie. Ci którzy jadą coś ogłaszać. I nie wyznacza ich żaden ziemski król. Wybiera ich Król Wszechświata. Jezus.
Ludzie którzy w Jego imię zostawiają wszystko, rodziny, bliskich, znajomych, rodowite strony, marzenia i ruszają w nieznane tylko dlatego że usłyszeli w sercu wezwanie Pana. Usłyszeli że zostali wezwani na… MISJE!
Myślisz że to łatwe?? Proste?
Nie każdy może zostać misjonarzem. To nie plebiscyt w którym występuje każdy kto chce.
To ciężka droga, którą Pan wyznacza tym którym ją zaplanował.
Wyznacza posłańców, którzy w Jego imię jadą tam, setki tysięcy kilometrów od bliskich, żyją nierzadko w kiepskich warunkach, w tęsknocie, w totalnym poświęceniu i ubytku sił po to by.. przekazać mieszańcom rejonów w które się udają że jest Ktoś kto za nimi szaleje! Że nie są sami ze swoimi problemami, że ich życie jest cudownym darem, a oni sami są wyjątkowi. By pokazać im Jezusa, Jego Miłość i Miłosierdzie. By pomóc Panu otworzyć drzwi serca wszystkim zagubionym, po to by On mógł ich uleczyć, uzdrowić, umocnić.
To niełatwa droga. To droga ewangelicznej miłości. Droga ciągłego zapominania o sobie, by w zamian stawiać w to miejsce Boga i drugiego człowieka.
Posłańcy króla nie mieli łatwo. Lecz duma z tak wielkiej służby królowi była najsłodszą zapłatą za wszelkie ciężkości.
Misje to nie zabawa.
To ciężka harówka.
Ale świadomość tego że jest się Misjonarzem samego Boga, posłanym przez Niego by nieść innym Miłość jest najcudowniejszą nagrodą z możliwych.
Nagrodą Nieba.

jasnefelietony7

Biegacze

Dzisiejszy świat to świat pędzących ludzi. I niby większość nie trenuje, ale każdy biega. Biega za szczęściem. I w sumie to nic złego, pragnienie szczęścia.. to takie normalne, takie ludzkie.. tylko wiecie co? My ludzie, jakoś tak kurde się porobiło, że biegniemy nie po tej trasie co trzeba.. zagubiliśmy się, zakręciliśmy, zapomnieliśmy i zamiast po drodze do prawdziwego i jedynego szczęścia, poskręcaliśmy w jakieś boczne uliczki. Uliczki poczucia szczęścia od ludzi, od pracy, od pozycji, od poszanowania, szczęścia od dobra które się wyświadczy innym, czy poczucia stabilności życia.
I niektóre z tych ścieżek są dobre, przecież to tak piękne gdy chcemy być super dobrymi ludźmi, którzy wszystkim pomagają i potrafią zabezpieczyć los rodziny. Okej, wszystko fajnie.. tylko wiecie co? na cholerę nam to wszystko, kiedy nie potrafimy zabezpieczyć losu siebie i rodziny.. ale losu tego WIECZNEGO życia?!
Wybieramy ten szereg ścieżek i pędzimy nimi, co najśmieszniejsze myśląc że robimy dobrze, prawo i „po Bożemu”.. bzdura, każda droga która nie jest wypełniona Jezusem jest drogą donikąd. Serio.
Myślisz że żyjąc „na medal”, pomagając komu się da, robiąc najlepsze rzeczy, ale wszystko SAM, bez żywej relacji z Bogiem, jesteś wielki w oczach Pana?
Jemu nie chodzi o sukcesy. Jemu chodzi o Ciebie..
Weź odłuż na moment to wszystko za czym tak gnasz. Weź zatrzymaj się na tej ścieżkę którą sobie obrałeś jako tą prowadzącą do niby szczęścia.. stań, zatrzymaj się, odsapnij.. i pogadaj..
Pogadaj z Jezusem który właśnie stoi przed Tobą.
Naprawdę stoi. No weźże w końcu podnieś oczy!
Dość udawania, dość gnania samemu, dość gonienia za pozornym szczęściem..
Jemu chodzi o nas. O nasze serca.
Gdy wejdziemy na tą jedną, właściwą ścieżkę, którą rozpoczniemy bieg do prawdziwego szczęścia, w naszym życiu zacznie się wszystko zmieniać..
Odejdą smutki, rozgoryczenie, udawanie, nerwy i niepokój..
Bo to wszystko jest, gdy nie ma Boga.
Chrystus to zbierze. Da Ci w zamian butelki miłości, radości, pokoju, sensu, bliskości, samoakceptacji, poczucia wartości i siły.. butelki, byś nie musiał już gasić pragnienia szczęścia żadnymi zastępnikami..
Byś biegnąc po szczęście Nieba, w każdej chwili mógł stanąć wziąć do ręki to co daje Ci Bóg i po prostu jednym łykiem wprowadzić to w siebie, tak jak biegacz gasi pragnienie biegnąc w zawodach.
Czekają na nas cudowne, Boże rzeczy już tu na ziemi. Czekają ulewy łask z Nieba. Ognie Miłości. Podmuchy pokoju. Potoki radości.
Tylko wreszcie wejdźmy na tą jedną, właściwą ścieżkę..
Resztą zajmie się On.
Bo tylko On jest tym za czym tak gnamy…
Bo TYLKO On jest prawdziwym szczęściem.

jasnefelietony7

Bieganie po wodzie. #zaufanie

Ej miałeś tak kiedyś że chciałeś dokonać czegoś niemożliwego?? Wiesz takie coś z niczego.. pokazać że możesz żyć radośnie mimo niesprzyjających okoliczności.. Dać kopa smutkom, a przywitać radosne chwile..?
Wiem że tak. Każdy tak ma. Każdy chce wreszcie dobrych dni, radości i pokoju.
okej. No więc czemu się nie udaje?? dlaczego znów upadek, krople łez na policzku, a w oddali echo zgorzknienia i marazmu życia.. czemu znów tafla wody zaczyna się pienić, a wir otchłani smutku wciąga nas swą falą kłopotów??
czemu? bo my ludzie jesteśmy dziwni.
Bez kitu. Bo patrz tylko, mamy czarno na białym, wymalowane jakby obraz na płótnie artysty, słowa, wskazówki Jezusa co zrobić, żeby przejść przez fale kłopotów i spokojnie dotrzeć do szczęścia.. dotrzeć do Niego.
to czemu my znów robimy po swojemu?! czemu znów zamiast skupiać się na Jezusie i ciągle patrzeć Mu w oczy z pełnym zaufaniem, wybieramy koncentrowanie się na kłopotach.. na problemach ..smutkach..
A przecież Jezus znów z pełnym spokojem staje w Twoim pokoju i łagodnym, pełnym miłości głosem mówi.. „odwagi, Ja jestem.. nie bój się! mogę dokonać w Twoim życiu WSZYSTKIEGO, zadbam o Ciebie jak nikt inny, ze Mną pokonasz każdy problem, każdą przeszkodę, ja za Tobą szaleje!”
Przychodzi i wręcza Ci gwarancję.
Gwarancję pokoju i miłości w sercu mimo pojawiających się kłopotów.
Pytanie czy przyjmiemy to zapewnienie czy znów spojrzymy na piętrzące się przed nami kłopoty.. szalejące morze?
To niełatwe, wiem.
Sam św. Piotr się na tym złapał, że po początkowym pewnym kroczeniu po szalejącym morzu (fale kłopotów) gdy skupiał się na Jezusie, w końcu problemy odciągają jego uwagę od Pana.. i Piotr upada.. topi się w tych problemach..
Nie oskarżaj się jeśli upadasz.. Każdy upada.. po prostu wstań poprzez sakrament spowiedzi, jest to Boża ręka która wyciąga Cię z otchłani grzechu i smutku.. i z każdym kolejnym dniem staraj się coraz bardziej ufać Jezusowi.. odciągać swój duchowy wzrok od kłopotów, a skupiać go na Jezusie i Jego miłości.. krok po kroku powiększaj swoje zaufanie do Niego.
z Nim możemy dokonać WSZYSTKIEGO co dobre.. On zawsze chce nas prowadzić z pokojem i miłością w sercu nawet wtedy, gdy okoliczności nie są nam sprzyjające, morze życia się piętrzy i próbuje nas wciągnąć..
Z Nim przejdziemy z pokojem w sercu przez WSZYSTKO.
Wystarczy że utkwimy w Nim nasz wzrok..
nasze serca.

Po co nam tak w ogóle Kościół.. ?

Człowiek jest jak kot, lubi chodzić swoimi drogami. A już w ogóle młody człowiek to rasowy kot. Nie znosi jak mu ktoś coś narzuca, wytacza granice, stawia bariery. On wie sam wszystko najlepiej i sam chce do wszystkiego dojść.
Dotyczy to wszelkich płaszczyzn życia. Wiary też.
Młody ziomek po przejściu przez wertepy życiowe, tam na dnie, samotny, poturbowany przez życie spotyka Boga. Poznaje Go, doświadcza, odnajduje.
Po tych ekscytujących wydarzeniach postanawia że zmieni swoje życie. Wiesz koniec z ganją, alko i grubym melo. Odnalazł Boga więc co mu do szczęścia potrzebne?
I wszystko początkowo idzie pięknie. Zmienia się. To widać. Rozmawia z Bogiem, dba o relację.
Ale po jakimś miesiącu przychodzi pokusa. Jest ona silniejsza niż Pudzian ciągnący linę. Bezlitosna.
I przychodzi upadek, który znów przewraca życie do góry. I wtedy pretensje, gdzie ty Boże jesteś? Przecież chciałem się zmienić, a znów potargane włosy, zarzygana koszulka i majtki koleżanki..
Od tamtego wieczora minęły cztery lata. Ten chłopak nie dał rady. Przegrał. Można go spotkać kupując bilet na Pendolino. Nie, nie. Nie jest on jednym z jego pasażerów. Raczej brudne ciuchy, reklamówka, kawałek kartonu i butelka.
Przegrał, a był tak blisko. Doświadczył Boga, chciał Go, chciał zmienić życie..taaak blisko.. więc czego brakło?!
Brakło żywego Boga. Brakło Kościoła. Brakło Jezusa obecnego w każdym kościele. Brakło sakramentów. Brakło nadludzkiej ochrony!
Człowiek nie może żyć z Bogiem bez Kościoła.
Wiesz to tak jakby ślimak chciał żyć bez muszli. Przecież pierwszy lepszy deszcz, grad, burza i już go nie ma. A czemu? Bo nie ma ochrony. Czegoś co da mu pewność i bezpieczeństwo.
Tym co daje to wszystko wyznawcy Jezusa jest KOŚCIÓŁ.
Kościół nie jako budynek, ale jako wspólnota. Wspólnota Boga z Tobą i innymi ludźmi, twoimi braćmi i siostrami. Kościół to my wszyscy. Katolicy.
Jedynie w Kościele Katolickim doświadczyć możesz największych cudów jakie dzieją się na ziemi.
Nie jakieś tam potrójne tęcze czy zniknięcia magika.
Tam dzieje się coś o wieeele większego. To tam poprzez ręce kapłana urzeczywistnia się na naszych oczach sam BÓG! Stwórca Wszechświata! Podczas każdej Mszy Św. biały opłatek zmienia się w Ciało Jezusa. On tam jest, ten sam co 2 tyś lat temu. On we własnej osobie tuż przed tobą! Czaisz temat?!
To w Kościele, w świątyni możesz w najwyższym stopniu zjednoczyć się z Bogiem, właśnie przyjmując Eucharystię. Wtedy sam Bóg przychodzi do twojego wnętrza. Niesamowite. Kozackie.
Drugim olbrzymim cudem dokonującym się za murami świątyni jest Spowiedź Święta. To tam wyznając grzechy, Jezus odpuszcza ci je przez głos kapłana. Klęcząc przed kratkami nie spowiadasz się księdzu. Spowiadasz się Bogu, ksiądz jest tylko pośrednikiem. Zrozum to, a poczujesz łaskę. A jedynie odpuszczenie grzechów pozwala ci powstać z upadków. Sam nie dasz rady, jesteś za słaby. Tak samo jak ja, Tomek, Aga i sąsiad z naprzeciwka.
Człowiek sam z siebie jest strasznie słaby. Nawet nawrócony człowiek to tylko grzeszny człowiek. Sami nie poradzimy sobie z trudnościami życia, jedynie poprzez stały kontakt z Bogiem w formie sakramentów może strzec nas przed przegraniem. Jedynie duchowa przechodząca ludzkie pojęcie ochrona może nas ustrzec.
Kościół to nie tylko sakramenty. To także zgromadzenie wierzących. Myślisz po co mi kupa ludzi, przecież na osobności lepiej słyszę Boga.
Osobista modlitwa jest potrzebna, jasne. Ale człowiek jest istotą społeczną, i jedynie w kontakcie z innymi może w pełni się realizować, w pełni żyć. Jedynie będąc we wspólnocie ludzi myślących i czyniących podobnie do mnie mogę wzrastać.
Wspólnota Kościoła to rodzina. Wszyscy w nim jesteśmy braćmi i siostrami. Nie sąsiadami, nie znajomymi, ale braćmi.
Jeśli do tej pory myślałeś że możesz samotnie żyć z Bogiem, zmień myślenie. Chłopak z początku tego tekstu też tak myślał. Też miał nadzieję i w krótkim czasie nadzieja przemieniła się w czarną dziurę rozpaczy.
Kościół to nie budynek. Kościół przez duże Ka to wspólnota, to rodzina katolików, to sakramenty, to wspólne modlitwy, liturgie, koncerty, spotkania, uwielbienia, wspólnoty, duszpasterstwa i pielgrzymki, to wspólne życie! Kościół to wszelkie korelacje między Bogiem, a jego dziećmi czyli nami oraz nasze wzajemne relacje.
Jeśli coś ci w Kościele przeszkadza, coś odstrasza, odpycha, może wyczuwana sztuczność większości wiernych? Może niewłaściwe podejście kapłana, który okazał się oszustem? Jeśli jest coś co powoduje że nie chcesz żyć w Kościele to tym bardziej zacznij w nim żyć! Nie czytasz tego przypadkowo, widać Bóg wybrał cię byś żył w jego Kościele i go polepszył. Byś walczył by sztuczność odsunąć i pokazać współbraciom prawdę! Byś znalazł swoje miejsce w Kościele Katolickim i razem z innymi wiernymi działał dla dobra Kościoła.
Nie każda rodzina jest idealna. Ale ta jedna jest twoja.
Kościół Katolicki też jest twój, Twój i Stwórcy!
Kościół to nie instytucja. To przestrzeń utworzona przez samego Boga, założona przez Jezusa dwadzieścia jeden wieków temu!
Doceń to że masz dar życia w Kościele Katolickim założonym przez Chrystusa, żyj w nim, dbaj o niego, naprawiaj i wzrastaj. Tak by już nie musieć chwytać za kolejną flaszkę, ale lada moment poczuć dumę z bycia dzieckiem samego Boga.. żyjącym w JEGO Kościele!

Malinowy sok

Zima. Ojj zima. Ludzie dzielą się na dwa. Jedni którzy jej nie znoszą, wyzywając w niebogłosy, gdy tylko ujrzą kawałek białego terenu pokrytego płatkami śniegu, i drudzy którzy tylko czekają aż przymrozi w nos i uszy. Tych drugich jest zdecydowanie mniej, ale co poradzić, takie to uroki naszej zimnej przyjaciółki, która i wywrócić potrafi na kawałku lodu, a i o chorobę przyprawić się nie omieszka.
Tak, i właśnie przeziębienie to główny towarzysz zimy. Gdy tylko trochę się ochłodzi i zabieli przychodnię są pełne kichających i kaszlących. Wirusy grasują i chcą dopaść każdego.
I właśnie naprzeciw temu wszystkiemu wychodzi tajna broń naszych babć, a więc…. Sok malinowy!
Nie od dziś wiadomo jak wielkie właściwości lecznicze i profilaktyczne ma ten trunek. Ile dobra dla naszego zdrowia przynosi picie malinowego przetworu.
Kto rozważniejszy, gdy tylko na zewnątrz pojawi się niższa temperatura, chłodny wiatr i niesprzyjająca aura, wyciąga ze spiżarni właśnie sok malinowy. Dolewany do herbaty pomaga organizmowi zachować zdrowie. Ochronić się przed wirusami. Nasza odporność zostaje wzmocniona.
Widzimy wtedy wszędzie dookoła zakatarzonych przechodniów, a my idziemy pewnie w zdrowiu.. do stanu którego przyczyniło się spożywanie soku malinowego.
Zadziwiające jest też to, że my często nieświadomie wspomagamy swoje zdrowie.. bo przecież nie myślimy za każdym razem pijąc sok „ooo teraz moje zdrowie zostanie wzmocnione o dwa poziomy”. Nie. My pijemy, wiemy że ogólnie nam to pomaga, ale nie śledzimy każdej sekundy tej niesłychanej machiny o nazwie „sok wspomaga zdrowie”. To dla nas zbyt skomplikowane i niepojęte jak to się dzieje.
Sok malinowy to nie tylko sok malinowy.. to także olbrzymia wskazówka.
Dla nas.
Bo popatrz tylko. Gdy się modlimy, czy to różańcem, koronką, modlitwą własnymi słowami, ułożonymi modlitwami, w swojej intencji czy za kogoś, czy modlimy się wstawienniczo, czy kogoś błogosławimy czy to ustnie, czy czyniąc znak krzyża na czole, w każdym z tych momentów nie zastanawiamy się ciągle jak to wszystko wpływa w tej chwili na nas, czy właśnie na te osoby.. nie śledzimy tej niesłychanej machiny.. bo to że to wszystko ma pozytywny wpływ na nas i nasze wnętrza nie mamy żadnych wątpliwości.
Ale jak to przebiega? W jaki sposób??
Nie ogarniemy tego. Nawet nie próbujmy. To jeszcze bardziej skomplikowane niż mechanizm działania soku malinowego na nasze zdrowie. Różnica tylko w tym że sok działa na nasze zdrowie fizyczne.. a modlitwa i błogosławieństwo na zdrowie.. duszy!
Gdy się modlimy czy wzajemnie błogosławimy, oprócz tego że jest to cudowny sposób spędzana czasu z naszym Panem, naprawiania swojego wnętrza, uczenia się ciągle czegoś nowego w świecie duchowym, oddawanie swoich problemów i rozterek Jezusowi, to także działa to wzmacniająco na naszego ducha! Umacnia go i stawia w gotowości, by z mocą Boga przeciwstawić się złemu i jego pokusom.
Gdy trwamy na modlitwie, czy to za siebie czy za innych, gdy błogosławimy drugą osobę, zawsze wtedy Bóg działa Swą miłością w nas i w tych osobach.
Jest to bardzo ważne, gdyż nasza modlitwa za drugą osobę i jej błogosławienie może być jak woda, która podprowadzi do tej osoby.. koło ratunkowe. Jeśli ta osoba trwa w grzechu, wtedy jest w głębinie ciemności.. a nasze wody miłości mogą podprowadzić do niej ratunek.. Jednak wtedy już sama ta osoba, swoją wolą będzie musiała zdecydować czy chce zaufać Jezusowi i Jego bezgranicznej miłości. Jeśli zechce, wtedy Pan wkracza w jej życie, a jej osobista modlitwa, lektura Pisma Świętego i najważniejsze przyjmowanie sakramentów będą dla niej kołem ratunkowym, które pomoże jej odpierać ataki szatana.
Choć nie zawsze musimy zdawać sobie sprawę z wielkiej wagi naszej modlitwy i błogosławieństwa (tak samo jak z pozytywnym działaniem soku na zdrowie) to musimy wiedzieć jak wielkie znaczenie i moc, ma każda wypowiedziana modlitwa, każde uczynione błogosławieństwo.. wszędzie tam gdzie chwalimy Boga i się do Niego zwracamy, On może działać.
Pozwalajmy Mu to czynić jak najczęściej, a wtedy nasze dusze i dusze polecanych przez nas osób zostaną wzmocnione.. wzmocni się ich odporność, a wirusy (czyt. złe duchy) będą miały do niej ograniczony dostęp.. A bezgraniczne zaufanie Jezusowi i zatopienie się w Jego miłości, rozproszy je w pył!
Pamiętajmy, gdy zapominamy o piciu soku, wirusy atakują nasze zdrowie.. gdy zapomnimy o stałej modlitwie i błogosławieniu innych, wtedy zły będzie mógł robić co będzie chciał. Nie dajmy mu tego. Wzmacniajmy dusze modlitwą i słowami błogosławieństwa, uczmy się bezgranicznego zaufania do Jezusa, trwajmy z Nim w ciągłym kontakcie, a wtedy wirusy padną!! A potem już każda zima będzie zwyczajną.. piękną porą roku.