Archiwa tagu: miłość

Światło

Wszyscy wiemy jak to jest żyć w ciemności. Gdy braknie prądu w zimowy wieczór ciężko trafić do łazienki, problem ze zjedzeniem kolacji, już nawet nie wspominając o wzięciu prysznica. Brak światła doskwiera. Stwarza dyskomfort. Utrudnia życie.

I w naszych wnętrzach też tak jest. Są one jak mieszkania w których potrzeba światła. Początkowo może i go nie brakuje, jednak gdy zapada zmrok, każdy szuka włącznika światła by nastała jasność. Nasze serca potrzebują światła tak samo jak nasze pokoje. By pokój był w pełni, potrzeba Światła. Dobrze znamy momenty gdy tego blasku braknie w naszych aparatach dotleniających organizm. Serducho w ciemności, jest jak niewidomy błądzący nocą po lesie. Gdy nasze serce nie ma latarki, zgubi się. Poprzewraca.. poturbuje.

Co zrobić by na nowo odnaleźć to światło, gdy blask świecy w naszym sercu zgaśnie? Ja wiem, wtedy nie jest łatwo. Najlepiej wszystko rzucić i zapaść w sen jak niedźwiedź na początku zimy. Ale właśnie o to chodzi by zapragnąć zmiany. By pójść, by zbliżyć się do Źródła Światła, by przyjść do Miłosiernego Jezusa, stanąć przed Nim takim jaki jestem, bez udawania, bez zakrywania czegokolwiek. Stanąć wziąć tą świece swojego obolałego, poranionego i zalęknionego serca i wydusić z siebie.. „Panie zapal ją Swoim blaskiem, rozświetl mroki mojego życia bo już nie mam siły żyć. Pomóż.. rozświetl..”

Bądź spokojny. Jezus nie jest Bogiem tyranem, czyhającym na Twoje potknięcie.. Jezus jest Bogiem miłości, dobra i pokoju.. jest Bogiem rozświetlającym każdą ciemność. Jego wsparcie jest jak latarka, która pozwala wygramolić się nam z wszelkich problemów.

Gdy w zimowy wieczór braknie w domu światła, mamy problem. Gdy braknie światła w naszym wnętrzu, mamy Jezusa. A gdy On rozpali Swoim ogniem nasze serca, zapłoną one pokojem, miłością, ciepłem, dobrem i nadzieją. Nadzieją na nowe.. LEPSZE czasy.

Wystarczy byś się do niego zbliżył.

Czy wystarczy?

Końcówka roku to zawsze czas skłaniający do sięganiem pamięcią wstecz. Chwytamy za lupy i starannie staramy się dojrzeć co tam w tym mijającym roku kalendarzowym się u nas wydarzyło. Szukamy sukcesów, chwil w których się zrealizowaliśmy, momentów w których ktoś nas pochwalił, czy urywków poczucia smaku zwycięstwa.

Dzisiejsze czasy to czasy samorealizacji. Pęd, rozwój, dokształcanie. Musisz być najlepszy, zarobić najwięcej, obejrzeć najwięcej, wiedzieć najwięcej i osiągnąć wszystko co tylko jest do osiągnięcia. Jak tego nie robisz to dla świata jesteś nikim.
W ostatnich dniach roku, gdy cały świat robi rachunek swoim sukcesom i wyznacza plany zarobkowe na kolejny, może warto olać ten cały świat i zrobić mu na przekór? Może warto wreszcie tupnąć w podłogę.. walnąć pięścią w stół..?! Może warto porzucić durne statystyki „co ja w tym roku osiągnąłem?”, a na kartce serca podsumowującej miniony rok w nagłówku umieścić napis..: „co w tym roku otrzymałem od Jezusa?”
Masz gdzie spać, masz kochającą rodzinę, możesz pracować, chodzić do szkoły, uśmiechać się, wstawać każdego ranka, chodzić, skakać, biegać, słyszeć, widzieć, przeżywać chwile radości, uśmiechu, miłości, pokoju, możesz spotykać się z samym Bogiem w Eucharystii, w Spowiedzi Św, w lekturze Pisma Świętego, na modlitwie.. możesz wcinać pyszniutką pizze i popijać ją colą, możesz tworzyć świat dookoła siebie, realizować swoje pasje na chwałę Panu, spacerować, podziwiać piękno świata, cieszyć buziuńkę, możesz dawać innym miłość, przyjmować ją od nich, możesz służyć Bogu służąc bliźnim, możesz być uczniem Jezusa, możesz… KOCHAĆ.

Uwierz mi, rozpoczynając kartkę rocznych posumować od słów.. „co w tym roku otrzymałem od Jezusa?” zapełnisz ją w kilka chwil. A i mogę się założyć że braknie Ci na niej miejsca.. Bo my tyle otrzymujemy od Pana.. tylko czy wystarczy nam odwagi, by porzucić pychę i zastąpić nagłówek naszych sukcesów.. Bożymi darami?
Bo gdy dziękujemy Bogu za to co od Niego otrzymujemy oczy naszych serce się otwierają. Smutek odchodzi, przygnębienie znika. Patrzymy i widzimy że mamy wszystko to co do pięknego życia potrzeba. Mamy Jego w sercu, więc po co nam durne wyścigi po durne sukcesy?
Dziękując Panu za otrzymane dary otwieramy się na kolejne. A łaski otrzymane od Niego są o stokroć piękniejsze od całych tych nagród Grammy, tytułów przed nazwiskiem, milionów na koncie czy statułetek na półce.
Tylko.. czy wystarczy nam odwagi..?

Blisko

Mroźne powietrze, pochowane ptaki, śpiące niedźwiedzie, czasem śnieg i szybko zapadający zmrok.
Grudzień. Kto z nas, ludzi nie lubi tego miesiąca?
A w zasadzie jego końcówki, czyli dni w których cały świat jakby się zmienia. Dni przyozdobionych światełkami, kolędami z głośnika i mnóstwem przecen w marketach, w których właściciele zasłaniając się świętami Bożego Narodzenia, wykorzystując narodziny Jezusa, trzepią hajsy, zmieniając serca ludzi, nastawiając je na materializm.
Boże Narodzenie coraz bliżej. Niedługo wejdziemy w końcowe etapy przygotowań, jakby „wyścig na finiszu”, w którym z każdej strony będą nam krzyczeć: „kupiłeś już wszystkie prezenty?!” „tylko u nas wielkie promocje!” „karpie, karpie, tylko 8 zł!” „czas zrobić najwięcej sałatek na świecie, i wysprzątać najdokładniej dom!”…
Czy w całym tym zabieganiu nie zapomnimy o najważniejszym?… czy nie zapomnimy na pamiątkę jakiego wydarzenia tak naprawdę czekamy?…
Bo na pewno nie na urodziny karpia, konkurs sałatek, czy festiwal ciast..
W tym pędzie świata, ukierunkowanym, nie oszukujmy się, ale na konsumpcjonizm i materializm, tak łatwo zatracić wartości. Tak łatwo zapomnieć kim jestem i po co tak naprawdę żyję..
Może te święta mają być w Twoim życiu przełomowe?
Może nie przypadkowo teraz to czytasz, a dzieje się tak, bo sam Jezus, którego pamiątkę urodzin będziemy obchodzić za kilka dni, chce Ci powiedzieć prosto w oczy.. „czekam na Ciebie..” ?
Odłóż na chwilę na bok wszystko to co wbija Ci w głowę świat. Odłóż i zauważ Jezusa. Bo to On może Ci dać wszystko to o czym od zawsze marzysz.
Bo nie są to nowe spodnie, auto czy najlepsze na świecie ciasto..
Twoim największym marzeniem jest poczuć się najbardziej na świecie kochanym.
I Jezus w te święta chce Ci pokazać że tak właśnie jest..
Że dla Niego to właśnie TY jesteś najważniejszy na świecie.
Tylko.. czy odnajdziesz w tym pędzie chwilę czasu.. by mógł Ci to powiedzieć?

jasnefelietony7

Cicha świętość

Rodzina Dąbrowskich to z pierwszego spojrzenia zwykła, polska, szara rodzina. Wiesz, niczym nie wyróżniająca się ze społeczeństwa, taka jakby w nie wtopiona. Wspólne oglądanie telewizji i wspólne obiady.
Nie mamy jednak pojęcia jak różne są nasze spostrzeżenia od rzeczywistości. Jak różni się to stanie z boku od wejścia w życie tej rodziny.
Bo gdy tam wejdziemy, gdy otworzymy drzwi, nie ujrzymy przedsionku domu.. zobaczymy przedsionek Nieba. I to nie taki wypełniony przyjemnościami, przepychem i brakiem cierpienia.. zobaczymy przedsionek Nieba wypełniony.. totalną MIŁOŚCIĄ.
Dzień 25 grudnia 2008 roku państwo Dąbrowscy zapamiętają do końca życia.. i nie tylko dlatego że w ten piękny, grudniowy dzień obchodzimy Boże Narodzenie.. też dlatego że ten dzień jest dniem narodzin ich piątego dziecka. Tomeczka.
Diagnozy nic nie wskazywały. Miał się urodzić jak każdy inny niemowlak. Z płaczem ale z wszystkimi kończynami. I owszem płacz był.. płacz dziecka i rodziców gdy ujrzeli swoje dzieciątko, dzieciątko które przywitało ten świat bez dwóch rąk, do tego z dziecięcym porażeniem mózgowym.
Świat małżeństwa stanął na głowie. Spadł. Runął.
Ciężko było im odnaleźć się w tym wszystkim. Nic nie dawały rozmowy z psychologiem.. dopiero rozmowa z NIM odmieniła ich spojrzenie.
Dopiero kiedy razem klęknęli w Świątyni przed Panem i z płaczem zaczęli krzyczeć: „czemu?! czemu?!”.. dopiero wtedy ich serca się otworzyły. A gdy serce się otwiera to wchodzi w nie ..Bóg. I tak było i tym razem. Nagle tata otworzył Pismo Święte, a tam… słowa: „Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże.” .. spojrzeli wers wcześniej i już mięli całość:
„1 przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. 2 Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» 3 Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże.”
Duch Święty umocnił rodziców, tak wielką Bożą mocą, że od tego dnia zaczęli doceniać to że ich syn urodził się właśnie taki. Zaczęli, choć na początku nie było to wcale łatwe, dziękować za to Bogu.
Dziś Tomeczek ma 8 lat a rodzice najcudowniejszą rodzinę na świecie. Jak mówią nie zamieniliby jej na żadnej innej!
Życie ich nie rozpieszcza.. rehabilitacja synka pochłania znaczną część funduszy. Tata by żywić rodzinę zabił całkowicie swoje ego. Nie pamięta kiedy sprawił sobie jakąś przyjemność, nowy zakup, wyjście na mecz.. Jak sam mówi, dla niego największą przyjemnością jest widok najedzonych brzuszków i uśmiechniętych buziek ich pięcioro pociech.
Mama nie pamięta kiedy kupiła sobie jakiś prezent, kiedy wyszła do znajomych, kiedy poszła do kosmetyczki.. Całe jej życie jest totalną służbą. Zapominaniem o sobie, a dawaniem siebie innym.
To święci naszych czasów.
Mimo biedy, mimo wielkich cierpień, bólu, choroby i braku pieniędzy, nie opuścili ani jednej codziennej Eucharystii. Wiedzą że tylko w Bogu ich jest zbawienie, tylko w Bogu ich dusz ukojenie..
Żyją totalną służbą, sobie nawzajem, ale nie tylko. Angażują się także z całych sił w pomoc bliźnim. To paradoks. Świat zabrał im prawie wszystko, a oni chcą dawać wszystko innym..
Chcą dawać im miłość..
Małżeństwo wspólnie ewangelizuje osoby bezdomne, opowiada im o Chrystusie, o Jego miłości i Miłosierdziu, organizuje dla nich zbiórki żywności i ubrań, rozmawia z nimi.. po prostu z nimi jest..
Rodzina Dąbrowskich żyje z dala od świata.. z dala od pieniędzy, wyniosłości, pogoni za karierą, autami i szybkimi przyjemnościami..
Żyją skromnie, i mimo że opieka nad chorym Tomeczkiem pochłania tyle czasu i sił, każdego dnia znajdują czas na Eucharystię, pomoc innym, modlitwę, zabawę z resztą dzieci.. dawanie miłości. Mimo ogromnego bólu, uśmiech nie znika z twarzy rodziny.
Gdy wejdziesz do ich domu, czuć tą miłość w powietrzu.
Przedsionek Nieba.
Bo właśnie w takich miejscach, w takich warunkach i z takimi ludźmi.. rodzi się ŚWIĘTOŚĆ.
Takich jak Dąbrowscy jest i było bardzo dużo. Tyle że kto o nich wie?
Pamiętajmy w tym ważnym dniu także o nich.. o świętych cichych.. o tych, których świat nie zapamiętał.. za to na pewno zapamiętał ich.. JEZUS.

jasnefelietony7

Czuj się bezpiecznie..

Trudne chwile. Kto z nas ich nie zna? Długo lecące minuty, lęk, opuszczenie i ból przeszywający skronie. Krzyż na naszych barkach zdaje się ważyć jeszcze pół tony więcej niż zwykle. Kroki stają się coraz słabsze.. wolniejsze.. Serce bije nierównym rytmem, a łzy chcą wylewać się z oczy niczym górskie potoki..
Przytłoczenie i ból zdaje się być tak duże jak wieża Eiffla.
To niełatwe. Wiem.
Pamiętam doskonale swoje chwile przytłoczenia, bólu i rozpaczy.. Ma się wszystkiego dość, a wszelkie słowa pociechy drażnią, jak wiertarka sąsiada o 6 nad ranem..
Co w tych chwilach począć?? gdzie szukać ratunku??
Można w zrezygnowaniu, skierować wzrok ku dołowi, rzucić twarzą w poduszkę..
Jednak wtedy, gdy już oczom kończą się zapasy łez.. zupełnie niespodziewanie staje obok nas.. ON.
Gdy wszyscy nas opuścili, gdy wszystko zdaje się iść nie tak, kiedy czujemy strach, ból i przytłoczenie, w chwilach marazmu, załamania i oschłości.. staje ON.
To Jezus.
On we własnej osobie. Bóg Wszechświata w Twoim pokoju. Teraz, w tym momencie tuż obok Ciebie.
Staje i łagodnym spojrzeniem wtapia się w Twoje zapłakane, zmęczone oczka..
Jego pełen miłości wzrok zdaje się mówić „nic.. nie musisz mówić nic.. odpocznij we Mnie.. czuj się bezpiecznie”.
Normalnie.. Staje i to mówi!
No na co czekasz?? Przytul Go !
Nie musisz mówić nic.. odpocznij w Nim.. czuj się bezpiecznie..
Jego miłość jest większa od naszego bólu, załamania, obaw.. jest większa od wieży Eiffla i pałacu Kultury.
On nie oczekuje od Ciebie nic.. chce po prostu ofiarować Ci Swoją Miłość.. po prostu chce Cię przytulić.. On dokładnie wie co teraz przeżywasz. On sam przeżywał te chwile gdy czuł niewyobrażalne przytłoczenie podczas modlitwy w Ogrójcu.. „Boże mój Boże czemuś mnie opuścił??”
Jezus jest teraz bliżej Ciebie niż Ci się wydaje. On jest teraz w Twoich ranach, bólu, obawach i przytłoczeniu.. On teraz wchodzi w te wszystkie miejsca i wylewa na nie Swoją Miłość..
Dotyka tych miejsc i je leczy.. okłada.. balsamuje.
Jezus, najlepszy pielęgniarz świata.

„Ciii, Już dobrze moja Dziecinko” rozbrzmiewa w Twoim sercu.. To nie przesłuchy..
To Jezus.
Bo Jezusowi nie zależy na nikim tak bardzo jak na Tobie.
„Nic, nie musisz mówić nic.. odpocznij we Mnie, czuj się bezpiecznie..”

jasnefelietony7

Misja Miłości

Przypomnij sobie dawne czasy. Czasy króla. Pewnie ich nie pamiętasz, zresztą jak każdy z nas. Bo każdy z nas był wtedy dopiero w zamyśle Boga.
Średniowiecze. Miasteczko jak każde inne. Zamek, kościół, jarmark i rzeka. Ludzie poubierani w dziwaczne stroje i wielkie buty. Pola uprawne, ziemniaki i fasola. Stan dzielił się na dwa, na chłopów i rycerstwo.
Jedynie nieliczni mogli zbliżyć się do króla, pobyć z nim, potowarzyszyć. Nieliczni mogli skosztować obecności króla.
Wśród tych szczęśliwców król każdego roku wybierał sobie wybranych. Tych którym przydzieli specjalne zadanie. Misję.
Takich wiesz, na których barkach spoczywało wiele. Mowa o posłańcach, których król wysyłał w dalekie tereny, by dotrzeć tam gdzie jeszcze nikt nie dotarł z jego wieściami. Po to by je tam ogłosić w jego imię.
Dziś też są tacy ludzie. Ci którzy jadą coś ogłaszać. I nie wyznacza ich żaden ziemski król. Wybiera ich Król Wszechświata. Jezus.
Ludzie którzy w Jego imię zostawiają wszystko, rodziny, bliskich, znajomych, rodowite strony, marzenia i ruszają w nieznane tylko dlatego że usłyszeli w sercu wezwanie Pana. Usłyszeli że zostali wezwani na… MISJE!
Myślisz że to łatwe?? Proste?
Nie każdy może zostać misjonarzem. To nie plebiscyt w którym występuje każdy kto chce.
To ciężka droga, którą Pan wyznacza tym którym ją zaplanował.
Wyznacza posłańców, którzy w Jego imię jadą tam, setki tysięcy kilometrów od bliskich, żyją nierzadko w kiepskich warunkach, w tęsknocie, w totalnym poświęceniu i ubytku sił po to by.. przekazać mieszańcom rejonów w które się udają że jest Ktoś kto za nimi szaleje! Że nie są sami ze swoimi problemami, że ich życie jest cudownym darem, a oni sami są wyjątkowi. By pokazać im Jezusa, Jego Miłość i Miłosierdzie. By pomóc Panu otworzyć drzwi serca wszystkim zagubionym, po to by On mógł ich uleczyć, uzdrowić, umocnić.
To niełatwa droga. To droga ewangelicznej miłości. Droga ciągłego zapominania o sobie, by w zamian stawiać w to miejsce Boga i drugiego człowieka.
Posłańcy króla nie mieli łatwo. Lecz duma z tak wielkiej służby królowi była najsłodszą zapłatą za wszelkie ciężkości.
Misje to nie zabawa.
To ciężka harówka.
Ale świadomość tego że jest się Misjonarzem samego Boga, posłanym przez Niego by nieść innym Miłość jest najcudowniejszą nagrodą z możliwych.
Nagrodą Nieba.

jasnefelietony7

Biegacze

Dzisiejszy świat to świat pędzących ludzi. I niby większość nie trenuje, ale każdy biega. Biega za szczęściem. I w sumie to nic złego, pragnienie szczęścia.. to takie normalne, takie ludzkie.. tylko wiecie co? My ludzie, jakoś tak kurde się porobiło, że biegniemy nie po tej trasie co trzeba.. zagubiliśmy się, zakręciliśmy, zapomnieliśmy i zamiast po drodze do prawdziwego i jedynego szczęścia, poskręcaliśmy w jakieś boczne uliczki. Uliczki poczucia szczęścia od ludzi, od pracy, od pozycji, od poszanowania, szczęścia od dobra które się wyświadczy innym, czy poczucia stabilności życia.
I niektóre z tych ścieżek są dobre, przecież to tak piękne gdy chcemy być super dobrymi ludźmi, którzy wszystkim pomagają i potrafią zabezpieczyć los rodziny. Okej, wszystko fajnie.. tylko wiecie co? na cholerę nam to wszystko, kiedy nie potrafimy zabezpieczyć losu siebie i rodziny.. ale losu tego WIECZNEGO życia?!
Wybieramy ten szereg ścieżek i pędzimy nimi, co najśmieszniejsze myśląc że robimy dobrze, prawo i „po Bożemu”.. bzdura, każda droga która nie jest wypełniona Jezusem jest drogą donikąd. Serio.
Myślisz że żyjąc „na medal”, pomagając komu się da, robiąc najlepsze rzeczy, ale wszystko SAM, bez żywej relacji z Bogiem, jesteś wielki w oczach Pana?
Jemu nie chodzi o sukcesy. Jemu chodzi o Ciebie..
Weź odłuż na moment to wszystko za czym tak gnasz. Weź zatrzymaj się na tej ścieżkę którą sobie obrałeś jako tą prowadzącą do niby szczęścia.. stań, zatrzymaj się, odsapnij.. i pogadaj..
Pogadaj z Jezusem który właśnie stoi przed Tobą.
Naprawdę stoi. No weźże w końcu podnieś oczy!
Dość udawania, dość gnania samemu, dość gonienia za pozornym szczęściem..
Jemu chodzi o nas. O nasze serca.
Gdy wejdziemy na tą jedną, właściwą ścieżkę, którą rozpoczniemy bieg do prawdziwego szczęścia, w naszym życiu zacznie się wszystko zmieniać..
Odejdą smutki, rozgoryczenie, udawanie, nerwy i niepokój..
Bo to wszystko jest, gdy nie ma Boga.
Chrystus to zbierze. Da Ci w zamian butelki miłości, radości, pokoju, sensu, bliskości, samoakceptacji, poczucia wartości i siły.. butelki, byś nie musiał już gasić pragnienia szczęścia żadnymi zastępnikami..
Byś biegnąc po szczęście Nieba, w każdej chwili mógł stanąć wziąć do ręki to co daje Ci Bóg i po prostu jednym łykiem wprowadzić to w siebie, tak jak biegacz gasi pragnienie biegnąc w zawodach.
Czekają na nas cudowne, Boże rzeczy już tu na ziemi. Czekają ulewy łask z Nieba. Ognie Miłości. Podmuchy pokoju. Potoki radości.
Tylko wreszcie wejdźmy na tą jedną, właściwą ścieżkę..
Resztą zajmie się On.
Bo tylko On jest tym za czym tak gnamy…
Bo TYLKO On jest prawdziwym szczęściem.

jasnefelietony7

Bieganie po wodzie. #zaufanie

Ej miałeś tak kiedyś że chciałeś dokonać czegoś niemożliwego?? Wiesz takie coś z niczego.. pokazać że możesz żyć radośnie mimo niesprzyjających okoliczności.. Dać kopa smutkom, a przywitać radosne chwile..?
Wiem że tak. Każdy tak ma. Każdy chce wreszcie dobrych dni, radości i pokoju.
okej. No więc czemu się nie udaje?? dlaczego znów upadek, krople łez na policzku, a w oddali echo zgorzknienia i marazmu życia.. czemu znów tafla wody zaczyna się pienić, a wir otchłani smutku wciąga nas swą falą kłopotów??
czemu? bo my ludzie jesteśmy dziwni.
Bez kitu. Bo patrz tylko, mamy czarno na białym, wymalowane jakby obraz na płótnie artysty, słowa, wskazówki Jezusa co zrobić, żeby przejść przez fale kłopotów i spokojnie dotrzeć do szczęścia.. dotrzeć do Niego.
to czemu my znów robimy po swojemu?! czemu znów zamiast skupiać się na Jezusie i ciągle patrzeć Mu w oczy z pełnym zaufaniem, wybieramy koncentrowanie się na kłopotach.. na problemach ..smutkach..
A przecież Jezus znów z pełnym spokojem staje w Twoim pokoju i łagodnym, pełnym miłości głosem mówi.. „odwagi, Ja jestem.. nie bój się! mogę dokonać w Twoim życiu WSZYSTKIEGO, zadbam o Ciebie jak nikt inny, ze Mną pokonasz każdy problem, każdą przeszkodę, ja za Tobą szaleje!”
Przychodzi i wręcza Ci gwarancję.
Gwarancję pokoju i miłości w sercu mimo pojawiających się kłopotów.
Pytanie czy przyjmiemy to zapewnienie czy znów spojrzymy na piętrzące się przed nami kłopoty.. szalejące morze?
To niełatwe, wiem.
Sam św. Piotr się na tym złapał, że po początkowym pewnym kroczeniu po szalejącym morzu (fale kłopotów) gdy skupiał się na Jezusie, w końcu problemy odciągają jego uwagę od Pana.. i Piotr upada.. topi się w tych problemach..
Nie oskarżaj się jeśli upadasz.. Każdy upada.. po prostu wstań poprzez sakrament spowiedzi, jest to Boża ręka która wyciąga Cię z otchłani grzechu i smutku.. i z każdym kolejnym dniem staraj się coraz bardziej ufać Jezusowi.. odciągać swój duchowy wzrok od kłopotów, a skupiać go na Jezusie i Jego miłości.. krok po kroku powiększaj swoje zaufanie do Niego.
z Nim możemy dokonać WSZYSTKIEGO co dobre.. On zawsze chce nas prowadzić z pokojem i miłością w sercu nawet wtedy, gdy okoliczności nie są nam sprzyjające, morze życia się piętrzy i próbuje nas wciągnąć..
Z Nim przejdziemy z pokojem w sercu przez WSZYSTKO.
Wystarczy że utkwimy w Nim nasz wzrok..
nasze serca.

Kowal, plastelina i żelazo

Od zawsze podziwiałem ludzi ciężkiej pracy. Takiej wiesz w totalnym pocie czoła, brudnym ubraniu i maksymalnym ubytku sił. Zaczynają o świcie, a kończą o zmierzchu. Poświęcają swoje organizmy, by coś wytworzyć. Oddają, by zyskać. Górnicy, rolnicy, budowlańcy, rzemieślnicy, czy kowale.
Przypatrzmy się chwilę tym ostatnim, pracującym w zakładach kowalskich.
Ich zadaniem jest wytworzenie czegoś mega solidnego, żelaznego, rzeczy twardej, dobrze ukształtowanej i służącej innym. Rzeczy nie do złamania.
Biorą pewną część blachy i tłuką w nią, położoną na kowadle, wielkim młotem. Setki uderzeń powierzchni młota powodują, iż kształtowany przedmiot nabiera coraz wyraźniejszych i prawidłowych kształtów.
Po co o tym piszę?
Bo widzę swoje życie jak leży tam na tym kowadle i uderzeniami młota jest kształtowane przez Stwórcę, który tak samo jak kowal, tworzy ze mnie coś pięknego. I wcale nie chodzi o twarz, sylwetkę czy oczy.
Chodzi o serducho.
Też tak masz? Ja wieem już masz dość tej ciągłej walki.. tych cierpień, tej pracy nad sobą, tych wszystkich wyrzeczeń i bólów. Uwierzyłeś na maxa w Boga, myślałeś że już będzie tylko cudownie, a tu raczej Syzyf, głaz i wielka góra?
Wiesz co? My jesteśmy ułomni. Przepraszam, ale tak jest, jesteśmy ułomni przez.. grzech. Gdy nie było grzechu myśleliśmy po Bożemu. Przyszedł grzech i spaczył nam myślenie.
My widzimy po ludzku i ciężko nam patrzeć przez Boży pryzmat.. my ciągle chcemy by wszystko szło po naszej myśli, będąc pewni, że wiemy co będzie dla nas najlepsze.
Bzdura, my nic nie wiemy.
My chcielibyśmy wziąć plastelinę i tam na tym kowadle urzeźbić coś pięknego w trzy minuty i dalej już wieźć cudowne życie bez jakichkolwiek przeciwności, aż do śmierci ciała..
My nic nie wiemy.
Jedynie On, wie co jest dla nas naprawdę dobre. Jedynie On jest w pełni DOBRY.
To Jezus przychodząc na świat i umierając za nasze grzechy daje nam siebie i ofiarowuje swój dar – swoją MIŁOŚĆ, tożsamość dziecka Boga. My mamy wolny wybór, albo przyjmiemy albo nie. Wóz albo przewóz.
Jeśli przyjmiemy Jezusa, pozwalamy Bogu działać w nas. Pozwalamy nas kształtować.
On mógłby pozwolić nam samym ukształtować siebie z plasteliny.. mógłby, ale przecież On nas naprawdę KOCHA! Plastelina w momencie się rozsypie, stopi czy zniekształci. Malutka burza i jej nie ma.
A On widząc po Bożemu widzi to co jest dla nas naprawdę najlepsze. Inaczej się nie da. To grzech tak nas zniekształcił, że jedynie poprzez zdarzenia które są często dla nas bolesne, Bóg może nas uzdrowić i uwolnić.
To On dopuszczając do uderzeń młotów w nas (ciężkie wydarzenia, czasem cierpienie, niepowodzenie itp.) kształtuje nas na cudowne dzieła. Twarde, dobre, piękne i służące innym. Boże dzieła.
Zaufajmy najlepszemu Kowalowi we Wszechświecie, odłóżmy na bok plastelinę, i pozwólmy Panu działać, a już niedługo będziemy naprawdę mocni i piękni.. z naprawdę pięknymi serduchami.
„Odwagi, nie bójcie się, Jam zwyciężył świat!”

Stół Obfitości – noga #4. Żywe przebaczenie.

Trzy nogi to za mało. Stół padnie.
Jedynie wszystkie cztery razem złączone z blatem, tworzą solidną konstrukcję mogącą utrzymać wiele.
Masz już przymocowane trzy nogi. Możesz każdego dnia spotykać się twarzą w twarz z Jezusem, przyjmując Go w postaci Eucharystii, możesz w każdej chwili pogadać z Nim na każdy temat, poprzez modlitwę, a także poznać Go lepiej i zbliżyć swoje życie do Jego, dzięki lekturze Pisma Świętego.
Dokładnie.
Te trzy elementy życia duchowego tworzą trzy nogi Stołu Obfitości. Stołu dzięki któremu nasze życie ulegnie zmianie. Stołu na którym Ojciec da nam tyle łask, o ilości których nawet trudno pomyśleć.
Mimo życia w bliskiej relacji z Jezusem, jesteśmy jak ten stół bez jednej nogi.
Lekki powiew niepowodzeń i padamy. I znów te same grzechy, te same słabości, upodlenia.
Myślisz.. „Ty ziomek, to co piszesz może rzeczywiście zbliża życie do Boga, dzięki Eucharystii, modlitwie i czytaniu Ewangelii, ale co z tego skoro ciągle grzeszę, raczej ze mnie tchórz, aniżeli Dziecko Boga.”
Mam dobre wieści.
My mamy prawo upadać.
Serio. Bez ściem.
To że Jezus umarł za nas na krzyżu i zmazał nasze grzechy, nie oznacza że odebrał nam skłonności do grzeszenia. No coś ty. To byłoby dla nas za łatwe. Jak wtedy pragnąć wzrastać, jak kochać Boga, ufać Mu?
ALE.
Jezus umierając w cierpieniach sprawił, że Bóg nie widzi nas przez pryzmat tego że upadamy. Nie widzi w nas tchórzy, materialistów i małodusznych. Widzi w nas swoje ukochane Dzieci.
Jedyne co, to musimy tę godność Dzieci Bożych przyjąć.
Jak to zrobić?
Ano właśnie wyparciem się grzechu. Postawą, że chcę iść za Jezusem, chcę być święty. Przyjęciem daru od Boga, czyli Zbawienia Jezusa.
Taka postawa zmienia naszą perspektywę patrzenia na rzeczywistość. Już nie muszę patrzeć pożądliwie na kobietę, już nie muszę zazdrościć bogatym, już nie muszę być zawistny. Nie muszę bo jestem Dzieckiem samego Boga. Jego synem, uczniem. Wojownikiem.
Wiem, wiem. „to nie zmienia faktu, że wciąż upadam.”
Upadasz? Nie przejmuj się, tylko za każdym razem się podnoś!
A jak to zrobić?
Poprzez najcudowniejszą rzecz pod słońcem, a więc… Spowiedź Świętą!
Tak, najcudowniejszą!
Gdy czujesz przytłoczenie, gdy ciężary na barkach nie są ze styropianu, raczej najcięższy metal, pędź do konfesjonału. Jezus już tam na ciebie czeka.
Nie ksiądz, a Jezus. Duch Jezusa działający przez kapłana.
Przyznaj na klęczka że jesteś słaby, że bez Niego jesteś niczym. Przyznaj i zaakceptuj Jego przebaczenie.
Darmowe, dobrowolne. Nie z zasług, a z łaski.
Konfesjonał jest jak Golgota.
Nasz Król nie umarł raz.
On umiera gdy przynosisz swoje winy.
To w konfesjonale Jezus zabiera Twoje grzechy i umiera za nie. On chce to robić zawsze gdy jest Ci źle.
Umiera, byś Ty, nie musiał czuć się winny tylko z radością, czystością i wdzięcznością mógł wrócić do życia wielbiąc Pana za Jego niepojętą miłość. Byś mógł wrócić do tożsamości Dziecka Boga.

Widzisz to przed Tobą?
Tak to Stół Obfitości w komplecie! Cztery nogi! Wszystkie gotowe!!
Eucharystia, modlitwa, lektura Pisma Świętego i Spowiedź Święta.
Dzięki tym praktykom, podejmowanymi regularnie, Twoje życie zacznie się zmieniać. Regularnie, nie znaczy raz w tygodniu. Regularnie a więc CODZIENNIE. CIĄGLE (wiadomo Spowiedź, jak potrzebujesz oczyszczenia).
Stół Obfitości to twoja relacja z Bogiem. Musi dla Ciebie stać się to tak naturalne jak oddychanie. Musisz nauczyć się oddychać Bogiem.
Na początku nie będzie łatwo zmienić przyzwyczajeń, ale z czasem zadziała.
Przestaniesz żyć dla siebie, a zaczniesz dla Boga.
Wszystko to odsłoni prawdę przed Tobą.
Zostaniesz słabiutki Ty, potężny Bóg i stół.
Stół Obfitości na którym Ojciec chce dać ci nowe, CUDOWNE życie!
Nie zwlekaj, zasiadaj i jedz!
Karm się! Wzrastaj! Żyj! Kochaj!